Droga Legionisty

8.04.18 (Amerykański) tryb świni.

Amerykański sposób na promocję, na karierę to esencja tego, co złego widzimy w pseudokulturze Ameryki. Oczywiście mam (dzisiaj) na myśli UFC 223 i najpierw pajacowanie McGregora i jego kolegów, a potem konferencję naszej Asi Jędrzejczyk. Irlandczyk, jeśli chciał atakować autokary, mógł wstąpić np. do jakiejś chuligańskiej bandy, która jednak odpuści wybijanie szyb, gdy zobaczy za nią oczy kobiety. Kamery, oczywista afera, kaucje, show. Innego typu „amerykanizacji” uległa nasza ex-mistrzyni (w sercach zawsze mistrzyni, no chyba że dalej będzie gadać po amerykańsku…), która tym razem po pięciu rundach z Rose nie odzyskała tytułu. Wiadomo, że aby zostać nowym mistrzem trzeba wyraźnie zaznaczyć swoją dominację, jeśli wygląda to w miarę remisowo, pas zostaje u starego mistrza. I ja się z tym zgadzam, mimo statystyk uderzeń. Ścięta na chłopaka zawodniczka miała lepszy timing i w tempo rozbijała twarz Polki.

„Tryb świni” – tak nazywam sytuację, w której mój pies idzie przed siebie i głośno obwąchuje wszystko ze wskazaniem na gówna. Biega bez celu w tym trybie świni szukając nie wiadomo czego. Niestety Asia też niucha po porażkach obojętnie co, byleby uchwycić się tego i iść w zaparte…

Każdy sportowiec, nieważne na jakim poziomie, powinien czuć jakie to słabe.

Co ciekawe amerykanizacji może NIE podlegać… nawet amerykanka (litewskiego pochodzenia), a konkretnie Rose Namajunas! Spokojna, skupiona na dobrych stronach tego wszystkiego co robi, nieokazująca złych emocji. Śledząc kulisy ostatnich walk Jędrzejczyk miałem wrażenie, że to raczej Rose należy się ten różaniec, który tak eksponuje Asia.

Amerykański-kretyński sposób promocji i wypowiadania się (Jędrzejczyk sama przyznała, że to ją w Ameryce pociąga… eh) nie idzie w parze z wartościami, które wniosła do UFC Polka!

Wspierając McGregora pogrąża się tym bardziej, udowadnia, że zamiast dalej stawiać ją za przykład, trzeba będzie powoli wycofywać się do wyłącznie cichego wspierania połączonego z tęsknotą za rodaczką z Olsztyna, która z Bogiem i charakterem wojownika pięła się na szczyt. Mimo wszystko będę jej kibicem do końca, kibicując (teraz) przede wszystkim jej psychice.

Trzeba jednak przyznać, że presja, którą dźwiga jest olbrzymia. Pytanie jakie się nasuwa to co dzieje się, gdy Asia ląduje sama w czterech ścianach? Przebitki płaczącej Jędrzejczyk w listopadzie, łzy pod okularami słonecznymi na dzisiejszej konferencji… Oby to nie pękło w tragiczny (i publiczny) sposób…

Życzę jej jak najlepiej, ale iście w zaparte i wąchanie czego tu się chwycić byle się wytłumaczyć może spowodować szramę na legendzie. Dużo łatwiej będzie stracić tytuł takiej Rose, która przy okazji – jak sądzę – ma mniej stresujące życie, a przy tym pełne sukcesów i chwały.

I taka dygresja a propos otaczającego nas pop-syfu. Nie trzeba ze strachem wypatrywać pana w długim płaszczu, który w parku może go rozchylić i ukazać swą nagość. Trzeba raczej, będąc ojcem, uważać na profile internetowe swojej córki, bo tam nawet płaszcz bywa niepotrzebny, a zboczeniec nie musi wychodzić na zdrowy spacer. Wszędzie szambo. Nagle pojawia się sportowiec z różańcem… i również ulega amerykanizacji, zatruwając otoczenie. Coraz mniej pozostało do radosnej obserwacji…

Asia… czas na rachunek sumienia!

ŁG