16.04.18 Walka u boku kolegi – Zeszytu…

Skąd czerpię siłę do trwania w trudnych postanowieniach? Pytacie czasem, więc odpowiem…: z pewnego rodzaju debilizmu wrodzonego i nabytego. Prowadzę dzienniki, notatniki, kalendarze, w których zapisuję wszystko. Uzależniłem się od tego i jeśli wpiszę sobie na przykład, że w piątek mam treningi to robię je, by nie obrazić kawałka papieru, który zajmuje wyjątkowe miejsce w moim pokoju i życiu (podejrzewam, że płakałbym po nich dłużej niż po niejednej istocie żywej). Z piórem i papierem nie ma żartów. Nie wiem czasem komu obiecuję poprawę – Bogu, czy kalendarzowi za 9,99 zł, w którym zapisane jest, że spowiedź była wtedy i wtedy, więc nie wypada upadać, idioto! Podobnie z jedzeniem – jadłeś syf, ważysz tyle i tyle, trzeba się ogarnąć! Miałem nawet je wyrzucać (jako źródło wielu natręctw i niepokojów), ale skoro stwierdziłem, że w zasadzie pomagają – zezwoliłem na takiego „bożka” (po owocach go rozpoznaję…, że jednak jest pomocnikiem Tego co trzeba, a gdybym się nie pilnował to kaput). Obecnie wraz z kolegą zeszytem walczymy z…

Może inaczej…

Byłem u spowiedzi. Wracam tam często z grzechem, który się do mnie przyczepił (= zapisany od dawna w kajecie), mianowicie siadają mi często nerwy przy pracy z dzieciakami i piłuję na nich gębę. Mam takie dni, że – mówiąc wprost – pozabijałbym. Potrafią wyprowadzić z równowagi na milion sposobów, po latach nadal zaskakując.

Potrafię ich też (paradoksalnie) demoralizować, a więc czasem podkręcać aspołeczne zachowania związane z chuligańskim sposobem bycia, podejściem do płci przeciwnej i do własnego ciała. Co zrobić…, czasem wychodzi ze mnie kibol, który wszystko ma w dupie, a już na pewno ułożone życie lemingozy.

Zapominam jednak, że nie każdy kot musi spaść na cztery łapy, wiec mimo wszystko jako wychowawca powinienem promować inny kręgosłup moralny… Moje błędy w kilku przypadkach nie rodziłyby Waszych wątpliwości – to tak żeby nie było za kolorowo i idealnie…

Kolejni spowiednicy mówili mi standardy – no nie możesz, no opanuj się, tak… tak… wiem. Wiem przecież! Chodzi jednak o takie dni, w których puszczają hamulce i nie mogę się powstrzymać.

Ostatni spowiednik, dokładnie wczoraj, powiedział mi coś równie prostego i oczywistego, lecz dało mi jakoś mocniej do myślenia. Dziś mamy wielki kryzys w rodzinach, wielu dzieciaków nie ma ojca (od razu miałem przed oczami moich podopiecznych bez ojców, podopieczne, które znały już trzech „tatusiów”, bogate dzieci, które widzą ojca raz na dwa tygodnie…), ty jako wychowawca i trener możesz często zastępować im tego ojca, pamiętaj o tym. Kurde, muszę trzymać fason żeby tego nie spieprzyć – pomyślałem – bo przecież tak wiele piszę na temat kryzysu rodziny, a sam potrafię być kolejnym gościem, który nakrzyczał, zostawił, lub wyśmiał… Po raz pierwszy spojrzałem na to z ojcowskiej perspektywy.

Kolega zeszyt i Ojciec – Bóg, ponownie pomogli coś poukładać pod kopułą…

ŁG