Droga Legionisty

9.06.18 Wyprawa do spowiedzi…

„Uwielbiam” test na cierpliwość i miłosierdzie w postaci „wbicia się kogoś w długą kolejkę do spowiedzi”. Czy istnieje sytuacja, w której człowiek, nieważne jaki, powinien bardziej powstrzymać się od hucznej interwencji…? Eh. Siedzę na ławce z dwoma osobami, obok jedna kobieta czeka na innej ławce, a pomiędzy oboma ławkami może metrowa przerwa. Nagle babcia siada obok tej kobiety, która jest sama i zarazem pierwsza w kolejce do konfesjonału. – Do spowiedzi?Tak, ale tam jeszcze na ławce obok czekają ludzie – zadbała o nas miła pani. Babcia jednak zakodowała tylko pierwsze słowo „tak”, bo w naszą stronę już nawet nie spojrzała… Rozsiadła się wygodnie obok kobiety, obcierając swym ramieniem o jej ramię. Przypomnieć się może chociażby obrazek Jakuba Rozalskiego [1], na którym facet jedzie konno do świątyni, ale ta również „opleciona jest” w demony… Małe, ale jednak są. Czy wewnątrz również przechadzają…? Jedno jest pewne – wewnątrz nas, niestety tak.

Dwa wdechy…, środki łagodzące skupienie, „a może ta babcia jest już nie do końca sprawna…?” Przypominam sobie początek nawrócenia, wtedy zaistniały podobne sytuacje, w których nie wytrzymałem, lub rezygnowałem ze spowiedzi! Bóg daje coraz większą cierpliwość… Może to są testy?

Koleś siedzący obok mnie nieśmiało obcina moje dziary i nagle, by zabić czas powstały w skutek wbicia się przez babkę w kolejkę, zagaduje, czy może je dokładniej obejrzeć. – Spoko. Podwijam rękaw. Kończy stwierdzeniem, że miło to widzieć (mam tatuaże religijne), bo zazwyczaj obserwuje się „jakieś tam smoki”. Uśmiecham się.

W kontakcie z ludźmi jest już 1:1, a babka mogła mocno namotać… Wracamy do równowagi, przy czym jej chwilowa strata musiała pozostać niewidoczna w świątyni.

Generalnie jednak ani babcia nie powinna się wbić, ani my nie powinniśmy gadać. A w międzyczasie zadzwoniła jeszcze komórka… kolejnej babci. Tak to bywa w dzisiejszym kościele. Ważne, by w tym konfesjonale wszystko było szczere…, co nie? Wtedy demony ze sztuki Rozalskiego uciekają… Wtedy „na ten czas” przegrały.

Wyszedłem, idąc szczęśliwy przez gorącą starówkę. Stoją jakieś jarmarczne budy, jak prawie co weekend.

Zawsze (!) je omijam, nigdy nie oglądam – to moja kobieta ma typowy „syndrom namiotów znad Bałtyku”, że wszędzie musi zapuścić żurawia, nuży mnie to strasznie (jedyne moje stragany to te z książkami). Tym razem jednak, wszedłem w alejkę z prowizorycznymi budkami. Spotkałem Białorusinkę sprzedającą ikony! Ale radość, nawet w monasterze w Grabowcu nie zrobiłem satysfakcjonujących zakupów… Gada do mnie po wschodniemu, co dziesiąte słowo polskie. Nieważne. Wreszcie mam Maryję i Jezusa na grubej desce i inne drobnostki, typowo wschodnie wyroby! Gdybym miał tysiąc przy sobie, pewnie bym go tam zostawił tak to było ładne, a kobieta „za ladą” naturalna…

Zwracam uwagę na małe wydarzenia. To czego my chcemy stanie się ewentualnie wtedy, kiedy powierzymy się Mu, a nie swojej pysze, czy swoim zasadom… Z czystym sumieniem i ikonami wróciłem do domu na obiad.

ŁG

[1]: