27.07.18 Co ja znowu napisałem…?

Lubię Was o coś spytać na łamach, bo zawsze odpowiecie i dodacie w bonusie ciekawe linki. Tak – już wiem kogo ikonę (właściwie to atrapę, bo oryginalna – nowa – ikona trochę kosztuje…) kupiłem, cyrylicę rozczytało mi ok. 30 czytelników. W związku z tym naszła mnie refleksja, człowiek niby zna trochę mądrych osób, ale gdy ma głębszy problem z kwestią polityczną, kulturalną, historyczną, to kiboli (tych niby bezmózgich…) pyta, bo taka prawda, że fanatycy są często ciekawi świata i po prostu wygraliby specyficzny „Jeden z dziesięciu”. Lipiec. Ludzie chleją po kurortach, małolaty chodzą z różowymi głośniczkami z kiepską muzą. Wakacyjny klimat udzielił się wszystkim, nawet kapeli Bronson, która wypuściła taki, niepodobny do wszystkiego w ruchu NR, klip…

Wakacyjnie zaczęła Legia, która zupełnie zapomniała, że ma umierać na boisku, nawet gdyby na stadion przyszła jedna osoba, lecz oni zarabialiby tyle ile zarabiają. Po ostatnich meczach, które oglądałem pragnąc w sercu wygranej moich faworytów – obserwowałem coś niepokojącego. Załamanie – jakbyśmy nie byli Polacy, a więc First To Fight. Polska na MŚ i Legia z Zagłębiem, czy tym bardziej ze Spartakiem byli raczej First To Cry, pierwsi do płaczu (Grosicki płakał zresztą już na murawie). Ja wiem, że istnieje coś takiego jak bezsilność, bo sam sport uprawiam, ale do cholery na takim poziomie i to w ilości „razy jedenaście”? Po ilu oni się załamują i mówią „nie wyszło, następny mecz wygramy”…, po 5 minutach gry? Na rozgrywki, na kulminacyjny moment drużyna ma być przygotowana – tym bardziej mentalnie, w czasach dużego hajsu i trenerów mentalnych za równie dużą kasę… Szkoda gadać.

Wakacje… Wakacje to były za dzieciaka, teraz mam potrzaskany łeb i nie mogę odpocząć od swych natręctw.

Chciałbym być super fit, ale wpieprzę pierwszego lepszego fast fooda w momencie, gdy w wykupionych posiłkach dostaję tyle kalorii, że starczyłoby co najwyżej śwince morskiej. Chciałbym być kurde święty, ale chciałem być też super rozrywkowy i kibicowsko oraz politycznie ogarnięty, a przy tym obejrzeć kilka kobiet z bliska, zatem me ciało co rusz wyrzuca wspomnienia, które potrafią mnie na chwilę opętać. Chciałem też pisać o brudach społeczeństwa, a więc tak się w nie zagłębiłem, że chodzę przybity i nie cieszy mnie potańcówka na gruzach cywilizacji – to się na trzeźwo nie uda, a nie piję, bo chciałem być i jestem sXe. Każde pragnienie w nadmiarze nas w jakiś sposób zabije… za co i dla kogo chcesz umrzeć? Ważny wybór. Najgorzej umrzeć z nudów…

Część puka się w głowę przy tym felietonie, bo to też kwestia temperamentu danej osoby. Ktoś ma łatwiej z utrzymaniem spokoju, wewnętrznej harmonii nie zagłuszy mu nawet kiepski dzień w połączeniu z meczem Polska – Senegal, lub Legia – Spartak Trnava, a drugiego wyprowadza z równowagi nawet sztuczny uśmiech kogoś z najbliższej rodziny i bliski jest wywalenia stołu do góry nogami z powodu jednego tylko gestu, który zresztą sam on dostrzega. Wewnętrzna burza natychmiast oceniana jest przez innych, którzy sądzą, że ich temperament jest jedyny na świecie i prosty do osiągnięcia, więc raz dwa obgadują i wykluczają ze stada czarną owieczkę.

Na szczęście życie w moim „Dniu świra” potoczyło się szczęśliwiej niż w filmie o takim tytule, więc wiem, że po każdej nocy wyjdzie słońce, wtedy zadam sobie tylko pytanie, zupełnie jakbym wczoraj pił: co ja powiedziałem, co ja znowu nagadałem? Co ja napisałem…?

ŁG