Droga Legionisty

LIST CZYTELNIKA: Mail o tym, że „Droga” jednak jest przejezdna…

Witam Cię Bracie! Pozwalam sobie na taką wycieczkę osobistą w powitaniu, śpiesząc z wyjaśnieniem… Czytam „Drogę Legionisty” od 2010 r. (…). Po pierwsze cieszę się, że dane mi było kiedyś wpaść, w jakiś zwykły szary wakacyjny dzień na Twoją stronę. W mojej opinii nie przez przypadek od tej pierwszej wizyty jestem jej stałym czytelnikiem (przynajmniej się starałem). Nie ukrywam, początkowo śledziłem opisy wyjazdów na mecze i to mnie najbardziej jarało i przyciągało na stronę, czasem odczuwałem brak satysfakcji, brak żądzy zaspokojenia wyszukiwanych przeze mnie opisów (ach te żądze), gdyż w zamian ich pojawiały się inne wpisy i treści dotyczące poruszanych przez Ciebie zagadnień. Z czasem jednak, oprócz śledzenia ww. opisów z wyjazdów, starałem się rzucić okiem na Twoją pozostałą twórczość i muszę przyznać, iż wraz z wgłębianiem się w inne rzeczy proporcjonalnie malała we mnie potrzeba szukania treści związanych z opisami meczów, a coraz bardziej rosło zaciekawienie, chęć i potrzeba odkrywania nowych „gałęzi” swojego życia.

Przed moją pierwszą wizytą byłem dwudziestolatkiem, który z perspektywy czasu, był zwykłym pogubionym, ogłupiałym lemingiem, lubiącym się upić, przeżywającym beztrosko te ważne dla młodych ludzi lata. O zgrozo, ja nawet na platformę głosowałem, widząc w rudym nadzieję na moją przyszłość (o jakże to smutne myślenie).  Nie byłem świadomy tego co się dzieje wokół mnie, co się dzieje w Polsce, w jaki sposób jesteśmy okradani z pieniędzy, ze złudzeń, w jaki sposób toczy się walka dobra ze złem itp.

Dużo się od tego czasu zmieniło, ja przez ten okres też przechodziłem swoją własną metamorfozę, a to m.in. dzięki Twojej Drodze (pracy, niejednokrotnych świadectwach, opisach i poszukiwaniach tego właściwego kierunku), która natchnęła mnie do podejmowania wysiłku, samodzielnego myślenia i własnych poszukiwań.

Moja Droga, z upływem długiego czasu staje się tą właściwą i tego w tym momencie jestem pewien! Cytat z 3 str. DL 23: „… wiara jest szczytem moich poszukiwań, odnalazłem tu odpowiedzi na wiele nerwów i sytuacji z mojego życia, a przede wszystkim klucz do tego jak mam je rozumieć” – ujął mnie swoim brzmieniem. Dzięki!

W między czasie, miałem epizody związane z matą, ju-jitsu, poznałem jego smak, potu, bólu, ale i smak satysfakcji przynoszącej wewnętrzny spokój, samozadowolenie. Strasznie jarałem się Twoimi wpisami dot. rozwoju sportowego, sztuk walki (to kolejny mój projekt będzie Cię bardzo interesował… – red.), relacji, opisów, ale i tych dot. zmagań osobistych, wyrzeczeń, porad itp. To była taka pierwsza gałąź po którą się schyliłem.

Zrozumiałem, iż to jest świetne móc trenować, móc wygrywać z wyrzeczeniami, z samym sobą. Móc wystartować w zawodach, móc przeżyć cholerną adrenalinę w dniu zawodów. Pamiętam, jakie reakcje odczuwał mój organizm. Każdy ze startujących z pewnością nie może zapomnieć tych nerwów, porannej pobudki, braku chęci na śniadanie, drogę na zawody i sam start.

Śledziłem również zmagania związane z „walką o młodych chłopaków” częstokroć topiących się w patologii. Wiem, że chociaż część z Twoich podopiecznych w swoim czasie zrozumie to, jakie spotkało ich dobro, jaką mieli okazję ujrzeć wyciągniętą do nich szczerą i otwartą dłoń. Nie sposób nie wskazać, iż to kawał świetnej roboty, która została wykonana.

Zacząłem też biegać, nawet zdarzały się półmaratony, wraz z marzeniem o maratonie. To niesamowite, jak wspaniałe jest uczucie, gdy śmiga się, szczególnie wówczas gdy „opinia publiczna” z bólem łba popija wodę w celu zabicia kaca (podobały mi się wpisy po Sylwestrach – to motywowało mnie do poszukiwania własnego ja i nie maszerowania za masą).

Dzięki za wspaniałą robotę, którą wykonujesz, dzięki, że w swych tekstach, dajesz do zrozumienia jak złe są użytki. Przerażające, w mojej bardzo małej miejscowości 90% rówieśników pali zielsko, łącznie z osobami trenującymi. Nie jestem za legalizacją, widząc jaki potencjał jest marnowany w chłopakach i nie trafiają do mnie argumenty ludzi promujących te używki.

Z biegiem czasu, wręcz z coraz mniejszym zainteresowaniem opisami wyjazdów, proporcjonalnie wzrastała u mnie ciekawość dot. wpisów o wierze, Kościele, Bogu. Wiem, że część Twoich czytelników, podczas tej Drogi się wykruszała, zmniejszało się zainteresowanie, licznik wejść itp. Jednakże cieszyłem się, iż mimo odpływów czytelników,  o czym zresztą sam wspominałeś, a także przypływie tych wiedzących lepiej i będących wrogo nastawionych, Ty szedłeś wiernie swoją Drogą mimo napotykania wielu trudności (mówiłem sobie wówczas – nie wiem co jest w tym Gościu, ale obiera kierunek, w którym się odnajduję, wciąga mnie, skłania do refleksji, przemyśleń itp.).

Choć byłem wychowywany w wierze katolickiej, nie zawsze ją rozumiałem, nie zawsze potrafiłem dostrzegać Boga w swoim życiu, dostrzegać roli jaką pełni. Wiedziałem, że Kościół i Bóg są, nie potrafiłem znaleźć klucza lub punktu zaczepienia, aby to we mnie bardziej dojrzewało. Mieszkałem w małej wiosce, gdzie główną atrakcją był bar, boisko, remiza i kościół, jak w większości polskich mniejszych miejscowości – do tego dochodził starszy, pochodzenia niemieckiego, wrogo (z całą odpowiedzialnością) nastawiony do młodzieży ksiądz (teraz wiem, że odejście od wiary z powodu księdza jest jak odejście od zdrowego stylu życia z powodu lekarza). Na skutek tego z powodu braku głębszej świadomości, nie potrafiłem poczuć w sobie tej głębi wiary i odkryć tej właściwej postawy i rozumienia tak ważnych dla człowieka rzeczy.

Posiadałem swoje uzależnienia związane z okresem dojrzewania, alkoholem. Ekscytowały mnie wpisy dot. bycia wolnym od nałogów, zdałem sobie sprawę, że nie jestem wolnym człowiekiem i jaką trudność sprawia mi powiedzenie „nie” pewnym zachowaniom. O jakże wtedy otwierają się człowiekowi oczy.

Dzięki słowu „nie” udało mi się znaleźć dziewczynę, od dłuższego czasu mieszkam z nią pod jednym dachem, z czasem odczułem, że to tak naprawdę nie przynosi mi szczęścia, zrozumiałem, że tak naprawdę mężczyzna ma w życiu dwie właściwe drogi, albo być duchownym, ale realizować się w małżeństwie. Ot, tak dwie drogi do świętości. Stąd też postanowiłem to zmienić. Łukasz, w najbliższym czasie przyjmuje sakrament małżeństwa! Kobieta, chyba jak większość kobiet, ekscytuje się nieco bardziej wydarzeniem, weselem, imprezą,  gośćmi, szczegółami… Mnie z kolei najbardziej ekscytuje to, że stanę przez Bogiem i przed nim przysięgnę kobiecie miłość do końca życia, po jego kres, tak jak mnie uczyli tata i mama w swoim wychowaniu. Cieszę się, że tak naprawdę wkroczę na jedną z dwóch „Dróg” do świętości!

O jakże dziwne są miny, patrzące ze zdziwieniem, osób z którym rozmawiam o wierze, Bogu, wówczas gdy mówię im, że moim marzeniem jest zostać Świętym, nawet nie dodając, iż chcę zostać zbawionym. Czy tak naprawdę mężczyzna dzisiejszych czasów, mający takie marzenie jest oderwany od rzeczywistości i ma nierówno pod sufitem…?! O czym w takim razie powinien marzyć, do czego dążyć zdrowy, prawidłowo myślący ze zdrowym kręgosłupem moralnym mężczyzna naszych czasów? Wiem, że nie mamy prawa uważać się za kogoś lepszego od innych, oceniać, szufladkować, bo samemu nie wie się, jak długo potrafimy trwać w dobrem, to bardzo krucho jest z wiarą wśród moich znajomych, gdzie częściej wiara i Bóg rozpatrywani są przez pryzmat księdza, a częściej na pierwszym miejscu znajdują się nałogi, pieniądze, żądze i zwykły konsumpcjonizm itp.

Napotkałem w swoim życiu w mojej opinii kilka świadectw, które wpływają na moje życie. Czerpałem też dużo z Twoich wpisów dot. m.in. wiary, małżeństwa, wartości. Nie mogę się doczekać chwili, choć pojawia się stres, przysięgi i założenia obrączki, po czym staram się oddać i powierzyć wszystko Bogu, bo tak naprawdę tylko w nim można mieć stabilne, prawdziwe i jedyne słuszne oparcie. Jak wskazuje Tomasz a Kempis „głupcem jest ten, kto całą swoją nadzieję w człowieku pokłada albo w stworzeniach”.

Mój mail wynika z mojej wewnętrznej potrzeby podzielenia się własnymi odczuciami i radości związanej z obraniem właściwej drogi, a także jest po części odpowiedzią na pewne, w moim odczuciu wątpliwości zawarte we wpisie z dnia 19 lipca br., dotyczących tego, czy to co robisz jest słuszne… w kontekście pisania o wierze, czy wpłyniesz na kogoś, czy zdołasz kogoś zmienić lub spowodować, iż zacznie samodzielnie myśleć.

Imienniku, wielkie dzięki za to robisz, nie zmieniaj się, idź wiernie swoją drogą, zdobywając kolejne swoje „szczyty”,  lub dbając aby cały czas na nim pozostać.  Przyznaję, że jestem jedną z osób, która odmieniła swoje życie dzięki Twoim tekstom i za to należą Ci się te słowa i wyrazy wdzięczności.

Łukasz