13.08.18 Bić się…

Niektórzy tak kochają walkę, że nawet oświadczają się „po ustawkowemu” jak na załączonym zdjęciu! Ja preferuję raczej walkę sportową. Ostatnio ciągle powtarzam sobie jaki to jestem stary i nie nadaję się już do sportu wyczynowego. Niestety, podkręcają to najbliżsi, którzy kiedy tylko jest okazja podkreślają, że po co ci to i tym podobne slogany. No tak, najlepiej w wieku trzydziestu paru lat kosić już trawniczek. To coś na zasadzie jak to będzie na starość wyglądało o tatuażach – totalnie bez sensu. Na szczęście istnieją inne autorytety niż rodzina i przede wszystkim własne wołanie wewnątrz. Jeszcze mam tak, że mimo nadmiaru zajęć przynajmniej raz do roku chcę przygotować się i wystartować w zawodach.

Nie sprzyja to byciu w sportowym rytmie, ale nie mam niewiadomo jakich oczekiwań – byle poczuć tą atmosferę, adrenalinę i być może przywieźć jakikolwiek krążek dla moich podopiecznych dzieciaków. Pewien typ tak ma, że co jakiś czas musi, bo go rozsadza.

Kilka miesięcy temu gadałem z zakonnikiem, który kiedyś był chuliganem oraz walczył w ringu. Podkreślał, że mu tego brakuje – zresztą mieliśmy się zgadać trochę posparować, ale temat póki co ucichł. Pytałem go ogólnie jak sobie radzi teraz, będąc mnichem, bez tych wszystkich emocji. Przyznał, że tęskni, zgodził się też z faktem, że niektórzy księża nas nie zrozumieją, gdy np. od dziecka idą za powołaniem, wiecie – wiecznie spokojni ministranci. Nie uwolnili nigdy tego zwierza w sobie. W oczach Boga może i dobrze, ale my mamy inne spojrzenie poprzez naszą historię, być może także za sprawą pewnego typu powołania… nie wiem.

Będę walczył – z Jezusem w sercu –, bo nie nakręca mnie nienawiść, ale chęć rozwijania talentu, a także chęć sportowego wyżycia się z kimś takim samym jak ja. To uczciwe i sprawiedliwe. Nie odkryję przed Wami Ameryki, drodzy czytelnicy, gdy stwierdzę, że po turnieju czuję się mężczyzną x 2 – ta walka raz na jakiś czas musi być stoczona, przynajmniej dopóki lustro wisi na swoim miejscu, a ja zajmuję się szkoleniem dzieci.

Przy okazji, pozwoli mi to walczyć z obżarstwem i zadbać o świątynię swojego ciała. Waga musi się zgadzać na zawody, co musi motywować do jej utrzymania! Sport może być sposobem na walkę z nieumiarkowaniem w jedzeniu i piciu. Chociażby ten jeden raz w roku oczyszczę się totalnie, zrzucę kilka kilo, by po wszystkim, kiedy emocje już opadną, najlepiej z krążkiem na szyi udać się do najbliższego fast fooda, he he. Nagroda musi być!

Jeszcze w miarę się człowiek rusza, nie pije, nie pali – trzeba wykorzystać czas, jeszcze nie pora na „trenera z brzuszkiem”!

Pamiętaj – nie ważne kim byłeś, ważne kim żeś się stał (Stolnyj Grad)! Masz talent, albo chociaż chęci do walki, jesteś w tym konsekwentny? Wykorzystaj to na sposób sportowy, pomyśl też, co możesz z tego zrobić dobrego – dla siebie i dla innych. Może dobrze będziesz przekazywał wiedzę dzieciakom z ulicy?

Tylko nie zapomnij o zasadach, o moralności, bo inaczej robi się z tego patologia typu Conor MC Gregor (brak szacunku i specjalne pajacowanie pod dodatkowy hajs i fejm)…

ŁG (tekst ukazał się w zinie „Droga Legionisty” nr 23/lato 2018)