15.08.18 Mity z młodości. W dzień zwycięstwa.

Kocham bloki, ale powiem Wam, że dziś szczególnie są to historie chłopaków z bloków, którzy żyli różnie, niepokornie, chuligańsko, ale jednak ogarnęli się po swojemu. Niezbyt podoba mi się jak kolesie w słusznym już wieku robią ulicznemu klimatowi wstyd swoim zachowaniem, nie taki wstyd że komuś pierdzielną w dekiel za coś naprawdę konkretnego, czy namalują coś ładnego, bo to nie wstyd, tylko taki wstyd, że na naszej ulicy po prostu zdegenerowali się. Przykład z życia mojego bloku? Proszę… Popieracie ojca, który – prawilny oczywiście, tak, tak wszystko się zgadza, wszystko sztywniutko -, wnosi wózek z dzieciakiem na półpiętro i z kolesiami pije na nim wódę z meliny? Czy może od polskiej ulicy (obchodzącej dziś święto zwycięstwa 1920), gdyby nie zżerał ją rak, powinien usłyszeć raczej – weź go chociaż, kurde, zaprowadź, a najlepiej nie pij od 12:00 i zajmij się nim…? Dlatego też w ruchu kibicowskim zawsze lubiłem te momenty, gdy sportowcy zwalczali patologię na wyjazdach siłą. Nikt nie jest święty, ale są granice – ogarnij się, a przede wszystkim REPREZENTUJ godnie. Swój klub, ale też powinno być (jeśli kochamy, jak klub…) osiedle, Ojczyznę, a nawet rodzinę.

Włączę muzykę.

Nie, nie włączaj! Nie zagłuszaj. Słuchaj… W niedziela niedziela.

?

No w niedziela nie-dziela, w niedzielę nie dzielę na połówki – jaram całego grama. Ha, ha, ha…

Był taki koleś w mojej gimbazie, który kiblował już kilka klas, a to dlatego, że zajmował się albo paleniem zioła, albo zbieraniem na nie i wymyślaniem podobnych sucharów. Ćpał, lub wymyślał sobie niby śmieszne hasełka i gry słowne, z których – jak głęboko wierzył – będzie się śmiało towarzystwo jarające skuna w jego towarzystwie. Ot, misja życiowa młodego człowieka… Oczywiście podśmiewywaliśmy się z niego, a nie z jego, wyżej ukazanej przykładem, twórczości.

Zerwały mi się podobne kontakty szkolne, ale z tego co się dowiadywałem – potem przerzucił się na zdobywanie kasiory pięściami, dziesiony i te sprawy. Dla pogadania głupot (nowym znajomym) po kilku lufkach siał terror wśród słabszych, ciekawe czy podśpiewywał przy tym, że uzależnienie czuję tylko (co to zmienia?) psychiczne, heh, jak w ulicznym hicie lat 90tych.

Z uzależnienia próbował uwolnić go starszy (dużo, gdzieś o 10 lat) brat, co ciekawe – również osiedlowy ćpunek. Tyle, że młody lubił palenie, a starszy wyglądał stale jak buldog francuski – wielkie wyłupiaste oczy i ledwo łapany oddech, był fanem polskiej amfetaminy i mocnych tabletek. Taki oto autorytet lubił pierdyknąć młodszego brata w dekiel, świecąc przykładem niczym narąbany milicjant z drogówki świeci nim dla kierowców.

Stoję sobie, przechodzi jeszcze inny dawny znajomy z wózkiem. Wyciąga telefon…

I czaisz, że ta parówa jebana nie przyszła? – drze się na cały głos, powtarza to kilka razy, tak jakby jego rozmówca nie wiedział o co chodzi – możliwe, że tym krzyczeniem chciał się po prostu popisać… Czy to pycha, że czuję żal…? Powinienem nic nie czuć, śmiać się, cieszyć, wykazać zrozumienie?

Gdy zniknąłem z osiedla, przestałem melanżować i zacząłem trenować – witałem się z ludźmi i czułem te spojrzenia, że skończyłem się, zezgredziałem i właśnie marnuje życie. Łukasz się poddał. A ja rodziłem się na nowo. Dla niektórych koniec imprezy oznacza koniec życia i nie da się zmienić 9 na 10 z nich.

Tak chciałbym napisać, że osiedle inspiruje mnie wyłącznie pozytywnie, malować osiedlu wyniosłe obrazy. Coraz częściej mam z tyłu głowy – kupić jakoś działkę, nie wiem kurde jak, spierdalać stąd… Wpaść czasem. Z zeszytem, długopisem, słuchawkami. Popatrzeć, jeszcze raz przekonać się jak wiele było tylko mitami z młodości…

Dziś święto zwycięstwa 1920. O swoich prywatnych zwycięstwach też pamiętajcie. I chociaż mit głosi o Was inaczej, pamiętajcie że to zwycięzcy piszą historię. Z tego co wiem – nikt z moich ex ziomków nie pisze… Teraz oni nie mają szansy się obronić.

ŁG