17.08.18 RECENZJE: Sorus – „Viimane Kaitseliin” (rock, Estonia, 2018).

Tym razem coś z rubieży Europy, a mianowicie z egzotycznej Estonii. Oczywiście jedynie pod względem muzycznym (przynajmniej dla mnie), bo poza dość znaną grupą P.W.A., która gościła już w naszym Kraju, jakoś nie miałem okazji zapoznać się z dorobkiem tamtejszej sceny. Krążek Sorus – „Viimane Kaitseliin” dostałem w pakiecie przy zakupie pisma „Droga Bez Odwrotu” i od tamtej pory czekał na półce na swoją kolej do odsłuchu. Nie spodziewałem się niczego wielkiego po tym debiucie, ale po kolei.

Album otwiera utwór „Minu Hing On Ju Minu” i ku mojemu zaskoczeniu – jest bardzo dobrze! Muzyka jednoznacznie kojarząca mi się z Ultima Thule, lekka, melodyjna, ale nie nużąca. Drugi kawałek to tytułowy „Viimane Kaitseliin” także nie odstaje poziomem. Ciekawy rock zagrany z głową. Kolejna piosenka i od razu dźwięki jakby znajome – melodia znana m.in. z płyty „Biel-A-Rock” Białorusinów z Molat. Tutaj oczywiście z innym tekstem. Z tego co się zorientowałem, to przynajmniej wokalista, jest ultrasem Flory Tallin i już sam tytuł „Rohe-Valge-Voim” („Zielono – Biała Siła”) mówi wszystko. Co do poziomu tamtejszej ultraski się nie wypowiadam, gdyż żaden ze mnie znawca w tym temacie.

Niestety im dalej w las, tym więcej drzew i robi się mocno przeciętnie, by dopiero w dwóch ostatnich utworach Sorus wrócił do formy. Może warto było wydać na początek mini – CD, a nie od razu pełniaka?

Na kilka dodatkowych słów zasługuje Sulev Saluneem – może nie ma głosu Pavarottiego, ale widać, że dość dobrze zna się na rzeczy i potrafi zrobić użytek z tego co ma. Znalazłem nawet jakiś jego solowy akustyczny projekt, ale jakby to bez owijania… nie polecam, heh.

Płyta została wydana w plastiku, z książeczką z tekstami plus fotki zespołu. Wszystko utrzymane w niebiesko – czarno – białej tonacji, co jest nawiązaniem do barw estońskiej flagi.

Warto jeszcze podkreślić, że „Viimane Kaitseliin” ukazało się dzięki polskiej wytwórni.

Album nie należy do najdłuższych (38:28 min.), ale jak na 12 kawałków (wszystkie w języku ojczystym) i tak nie jest źle.

Szczerze to spodziewałem się jakiejś chały, ale na szczęście miło się zaskoczyłem i choć jest na tym krążku trochę „zapchaj dziur”, to jak na debiut wyszło całkiem całkiem. „Ostatnią Linię Obrony” polecam ciekawym nowości i kolekcjonerom, a ja będę śledził poczynania grupy Sorus, bo zdecydowanie mają potencjał.

                                                                  Antyanarcho