22.08.18 WPW. Dobry dzień. Godny dobrego naparu!

Ciągle „wiedza”, „efektywność”, „efektowność” i… od nowa, „wiedza”… Nie dziwota, że „nowoczesny człowiek” nagle dostaje w dekiel, bo ile można wytrzymać tak mordercze tempo…? O 6:00 przed korpo siłownia, potem robota, w drodze do niej lektura, po powrocie zakupy, lub coś innego „co muszę”. Nie wspominam o dzieciach, bo one to pozytyw i sens przecież. Efektywne działanie wciśnięte w każdy skrawek czasu i tak odbije się zmęczeniem, mimo że przecież robimy rzeczy pozytywne – wymieniłem dla przykładu siłownię, lekturę, czy też rzecz pożyteczną – pracujemy… Nie ma opcji nie zwariować jeśli nie nauczymy się luzować ambicji i odpoczywać częściej niż raz do roku („w Egipcie”). To System nam to serwuje, pomyśl o tym… 12 godzin, 14 godzin/na dobę napięcia nas zniszczy… Tak więc w małych sprawach (?) pozwalam sobie na relaks i zadowolenie. Aż sobie strzelę za Nie azjatycką herbatkę! Za kogo…? Za samozwańczą osiedlową królewnę i prawdziwą Królową.

W „DL” 23 pisałem Wam relację z zagranicznego turnieju (jeszcze raz dzięki za wsparcie!), gdzie zawarta była wzmianka o czwartej dziewczynce, która miała jechać, ale nie sprostała moim wymaganiom, ostatecznie po kłótni odeszła z sekcji. Myślała, że jest królową, ale nikt poważny nie będzie się prosił.

Ile minęło, pół roku…? Wraz z ojcem chcą dziś wrócić (pisali), bo okazało się, że przez kilka miesięcy nie znaleźli, po zarzuceniu focha i ciszy, drugiego takiego miejsca, które udało się zbudować!

Rozumiecie zatem, że jako abstynent, muszę trochę zaświrować pawiana, coś uroczystego zrobić, otworzyć specjalną szafkę, nabrać łyżeczkę suszu z pachnącej herbaciarni i zaparzyć według wytycznych. Cudowny napar! Cudowna wiadomość, dzieciak być może nabrał pokory, a tym bardziej jego rodzice… Bardzo się cieszę, bo – jak pisałem – to spory talencik jest.

I jeszcze raz mnie to utwierdza w przekonaniu, że miłość, a kocham ją specyficzną trenersko-społecznikową miłością, wymaga czasem mocnych słów, a nasz upór i fanatyzm przydają się w pracy z ludźmi. Bo po burzy solidny statek (z solidną załogą), albo pozbywa się wody i wraca na obrany kurs, albo jest po prostu kiepski i spada na dno… Jest dobry dzień, bo okazało się, że oto nie toniemy. Druga strona medalu jest taka, że warto być katolem, bo bez nauki pokory możliwe, że głupia duma nie pozwoliłaby mi jej przyjąć. „Przecież kiedyś…”. A tu się dowiedziałem, że nawet 77 razy… jeśli trzeba.

Za kogo jeszcze idzie toast? Za Maryję Królową – bo to Jej święto obchodzone jest dziś w Kościele. Oczywiście „toast” za Mamę mógł być podniesiony tylko podczas porannej mszy. Eucharystia i dobra herbata w połączeniu z dobrą wiadomością to naprawdę dobry dzień!

Maryjo króluj nam wszystkim, bo potrzebujemy takie czyste serca jak Ty miałaś – wtedy należycie pełnimy swoją misję na tym dziwnym świecie. Gdy zaczynamy kombinować, hm, delikatnie mówiąc – bywa różnie…

sXe!

ŁG