30.08.18 RECENZJE: „W dziczy. Miastowego trapera przypadki” (2018).

Jest to druga pozycja po „Woodcrafcie”, jaka znalazła się w portfolio wydawnictwa „Stary Wspaniały Świat” (przyznajcie – piękna nazwa), za które odpowiedzialni są fanatycy szeroko rozumianej leśnej turystyki. Tytuł „W dziczy” sugeruje, że będzie to znowu rzecz o sztuce bushcraftu, jednak zbiór opowiadań Charlesa Dudleya Warnera zdecydowanie nie mieści się w tych ramach i znacznie odbiega od konwencji survivalowego poradnika. Choć akcja, podobnie jak u „Nessmuka” (recenzja w „DL”24), rozgrywa się w rejonie dziewiczych gór Adirondack, to surowy klimat dzikiej natury jest tylko tłem do rozważań autora na różne aspekty dotyczące najczęściej ludzkich charakterów i zachowań. Warner jest bystrym obserwatorem, więc bezlitośnie punktuje zarozumiałość, chciwość, głupotę i okrucieństwo, a robi to w sposób nietuzinkowy, z właściwym sobie poczuciem humoru oraz ironią, nieraz ocierając się o granice absurdu…

Niech przykładem będzie już pierwszy rozdział, w którym by ukrócić spekulacje na temat brzemiennego w skutkach (dla misia) spotkania z baribalem, przedstawia swoją wersję wydarzeń. Robi to jednak w sposób tak oderwany od sedna całej akcji, czyli ataku niedźwiedzia, że już po chwili uwagę czytelnika przykuwają przemyślenia zaskoczonego myśliwego, który przeczuwając, że być może nadeszła jego godzina, w groteskowy sposób próbuje zrobić rachunek sumienia: Zauważyłem, że robiąc taki przymusowy, nagły rachunek sumienia, nie sposób przywołać jakichkolwiek dobrych uczynków. Do głowy przychodziły mi same tylko grzechy, i to w zdecydowanym nadmiarze. A już totalną abstrakcją jest zastanawianie się w takim momencie nad właściwym napisem na nagrobku, by dojść do konkluzji, że język angielski jest niezgrabny, gdy potrzeba zwięzłego opisu i najlepszy byłby w języku niemieckim.

Praktycznie w każdym rozdziale Warner krytykuje rzeczywistość w jakiej przyszło mu żyć, czasem bardzo ostro, choć nie wprost – jak w dziale „Polowanie”, gdy ukazuje łowy z punktu widzenia ściganej zwierzyny, piętnując zabijanie dla samej tylko zabawy.

Mimo, że kilkukrotnie zwraca uwagę na, delikatnie rzecz ujmując, represje, jakim poddawani są rdzenni mieszkańcy Ameryki przez rząd USA, nie ma to wiele wspólnego z polityczną poprawnością jaką znamy ze współczesności, gdyż chwilę później zastanawia się, czy niedźwiedź widząc pierwszy raz kolorowego, uznałby go za jadalnego, heh.

Autor wiele miejsca poświęca rozważaniom nad celowością egzystencji człowieka i jego roli na Ziemi, celnie zauważa, że światli obywatele chcą cywilizować „tubylców”, a jednocześnie sami pragnąc tej dzikości od tego cywilizowanego świata uciekają, poszukując własnych korzeni.

Lekkość pióra sprawia, że te filozoficzne momentami dywagacje czyta się nadzwyczaj szybko – ja „uporałem” się z 222 stronami w kilka godzin. Do wydania nie można mieć jakichkolwiek zastrzeżeń, książka ma twardą okładkę zdobioną autorską pracą grafika, a w środku dla dociekliwych przeliczono mile na kilometry, stopy na metry, funty na kilogramy itd.

Charles D. Warner mimo, że porusza się w dziewiętnastowiecznej rzeczywistości, dotyka problemów aktualnych nawet dziś, bo czymże są te wszystkie wypady za miasto, na działki, czy do rodziny na wsi, jeśli nie podświadomym poszukiwaniem choćby namiastki tej więzi z przyrodą… Jeśli lubicie tego typu rozkminy to śmiało sięgajcie po „W dziczy. Miastowego trapera przypadki”.

                                                                 Antyanarcho