11.09.18 WPW. Relacja ze sportowego eurotripu z dzieciakami.

Relację dedykuję przede wszystkim tym, którzy finansowo wsparli naszą zagraniczną eskapadę. I tak duże setki złotych musiały zostać dołożone, ale powiedzmy, że każdy musiał dorzucić tylko mniejszą część potrzebnej kwoty, przy czym wyjazd i tak wydał się tani jak na odległość i przygodę! Tak więc czytelnicy „Drogi Legionisty” bezpośrednio stoją za tym, że zabraliśmy trójkę trenujących dzieci, którym wszystkiego się tylko zabrania, na walki na dalekich Bałkanach! Długo czekaliście na relację na e-zinie, ale stwierdziłem, że najlepiej będzie uwiecznić ją najpierw na papierze i sprezentować darczyńcom. Dzisiaj relacja idzie w sieć! Dobra nowina jest taka, że można robić fajne rzeczy jeśli naprawdę zależy nam na tych dzieciakach i działalności pro-zdrowotnej, pro-społecznej! Można działać w czasie marazmu i politycznej paplaniny.

Przygotowania trwały długie tygodnie, najpierw musiałem namówić Was (na wpłaty), potem rodziców, sprawić, by mi zaufali i – mało tego – dołożyli łaskawie te kilka setek złotych na głowę (to już później, gdy okazało się, że trochę zabraknie jak na tak ambitne plany sportowo-turystyczne). Na szczęście nie kosztowało ich to zbyt wiele, a młodzi przywieźli konkretne „reszty” (co też dobrze o nich świadczy)!

Z trójką małolatów mi się udało, natomiast czwarta dziewczynka (dokładnie ta: LINK) nie wytrzymała niepozornych wymagań trenera. Wymagałem bowiem żeby młodzi szanowali treningi, szanowali wkładaną w nich kasę i regularnie uczęszczali na zajęcia, by jak najlepiej się zaprezentować. Przyznasz, że sam nie chciałbyś wpłacać na przypadkowe dziecko, które tak naprawdę olewa sprawę (taka „działalność charytatywna” bez sensu, tylko dla własnego sumienia). Miała napisać sms z powodem nieobecności jeśli miałoby jej nie być na jakimkolwiek treningu (np. „jestem chora”). Nie przyszła, nie napisała, a potem uciekła od walki o siebie – odeszła z sekcji, mimo że była dużym talentem. Jeszcze wiele takich będzie i zaginie… Selekcja trwa cały czas. By Ci się udało – musisz dać coś od siebie i basta!

Przejdźmy do relacji…

Polska. Wyruszyliśmy w czwartkowy poranek ok. 8:00. Podróż przez nasz kraj musieliśmy znacznie wydłużyć, by załatwić „po drodze” pewną sprawę naszego kierowcy.

Czechy… Jeśli myślicie stereotypowo, że najgorsza była droga przez Polskę to chyba nie jeździliście nigdy po Czechach. Na szczęście dość szybko znaleźliśmy się na słowackiej ziemi. Po przejechaniu 950 km zameldowaliśmy się w hotelu w Nitrze i po chwilowej relaksacji położyliśmy się spać, by rano ruszyć dalej.

Węgry. Przez Węgry jechaliśmy dość długo, ale niestety jedynym co widzieliśmy były ulice…

Bośnia i Hercegowina. Do BiH wjechaliśmy w piątek około 15:00. Co ciekawe – nie byliśmy z początku pewni, czy… przekroczyliśmy tę granicę co trzeba, bowiem naszym oczom ukazała się wielka flaga… Serbii i tablica „Republika serbska”! Szybki „telefon do przyjaciela” i okazało się, że to jest po prostu część bałkańskiego bałaganu, a więc serbska część Bośni. Niby tyle człowiek o tym czytał, radziłem się naczelnego „TMK”, który Bałkany zna bardzo dobrze, a mimo wszystko zaskoczyli, heh. Zanim przejechaliśmy przez dwa przejścia graniczne musieliśmy nieco postresować się w rozmowie z przedstawicielem granicznego „betonu”, któremu oczywiście nie wszystko pasowało. Na szczęście „władca granic” puścił nas dalej i wjechaliśmy do kraju docelowego. W samej BiH ludzie są bardzo sympatyczni i pomocni.

Od razu udaliśmy się na halę zawodów, wspinając się autem po górskich serpentynach. Na „arenie” super przyjął nas organizator, po szybkiej wadze i otrzymaniu identyfikatorów wskazany przez niego kierowca zawiózł nas do hotelu pod miastem! Tu mieliśmy sporo czasu na ogarnięcie się, pyszną kolację i odpoczynek przed zawodami.

Sobota, dzień turnieju! Na starej hali z kibelkami typu „jedziesz na Stocha” meldujemy się tuż po 8:00. Jest to ważna informacja w kontekście tego, że wyszliśmy z niej… o północy. Jak więc widać „trochę” się wszystko przedłużyło, no ale o 11:00 dopiero ruszyło oficjalne otwarcie, a walki na dobre wystartowały godzinę później! Od 12:00 sędziowie nie mieli praktycznie żadnej przerwy, ale i tak nie wystarczyło to na ogarnięcie takiej liczby walk oraz zawodników. Myśleliśmy naiwnie, że o 15:00 będzie po wszystkim i pojedziemy na nocleg do Mostaru, ale jak się domyślacie, musieliśmy zostać jeszcze jedną noc w – na szczęście sympatycznym – hotelu pod miasteczkiem zawodów. Nie ma problemu – trzeba być przyzwyczajonym do „nagłych wypadków”, nerwy zamienialiśmy na żarty oraz na kolejne plusy dla i tak sporej specyfiki wyjazdu.

Jechaliśmy przez taki szmat drogi więc wystawiliśmy dzieci w kilku drabinkach walk – w swojej kategorii wagowej oraz w wyższej. Zdało to egzamin, bo trójka naszych dzieci przywiozła aż sześć medali! Były wygrane walki, były też przegrane, był pot i łzy. W skrócie – poczuli, że byli na turnieju, przywieźli też pamiątki w postaci trofeów.

W niedzielę, już bez ciśnienia związanego z walkami, ruszyliśmy do Medjugorje. Pisałem o nim obszernie na drogalegionisty.pl, nie chcę się powtarzać. Jedni mieli tu liczne stragany, ładne widoki, drudzy jedno z kontrowersyjnych miejsc jeśli chodzi o wiarę katolicką (kościół nie zatwierdził objawień). Zresztą cała Bośnia jest specyficzna, chrześcijańskie świątynie i meczety przeplatają się ze sobą, a mieszkańcy mimo to żyją (z tego co wiem) w pokoju – zresztą w okolicach Medjugorje muzułmanów widzieliśmy sporo, a mimo to pielgrzymi mają spokój. Pogoda dopisała, spacerowaliśmy i relaksowaliśmy się w mocno grzejącym słoneczku. Dzieci zwiedziły słynny kościół i dziwiły się nadal, że trener poszedł się modlić.

Po słynnej bośniackiej wiosce (no w sumie już nie takiej wiosce… komercja jak cholera!) ruszyliśmy nad morze do pobliskiej Chorwacji. Tam mieliśmy wynajęty apartament z widokiem na morze (z drugiej strony góry). Zostawiliśmy bagaże i ruszyliśmy nad wodę, gdzie zjedliśmy nieco egzotyczną kolację. Spacery po porcie, po ryneczku i znowu popadaliśmy jak muchy. Zmęczenie ciągłą drogą dawało się coraz ostrzej we znaki.

W poniedziałek wyruszyliśmy z ładnej chorwackiej miejscowości w kierunku Wiednia, jedynej metropolii jaką mieliśmy zaliczyć. Monotonna podróż trwała 8 godzin, najszybciej mijała jeszcze w Chorwacji, gdy za oknem pojawiały się zapierające dech w piersiach krajobrazy. Przez Słowenię wjechaliśmy do Austrii i do Wiednia, w którym mieliśmy ostatni nocleg przed powrotem do domów.

Drugiego dnia rano poszliśmy na piękną wiedeńską starówkę, zaliczając największe, słynne na całym świecie katedry. Trochę zabolała mnie komercja wewnątrz, bo chcesz pokazać dzieciakom część innej Europy, prawdziwej sztuki i wiarę, a tymczasem znajdują oni wewnątrz te same automaty na euro, co wszędzie. Mało tego – w katedrze znajdowały się jakieś reklamy z durnie uśmiechniętym kolesiem stylizowanym na witraż kościelny, a spowiadał duchowny z innego odłamu chrześcijaństwa… Zachodnia tolerancja. Mam jednak nadzieję, że do dzieci dotarły moje sugestie.

We wtorek, ponownie przez Czechy, dotarliśmy do Polski.

Jeszcze raz dziękuję za wsparcie – cała trójka z entuzjazmem trenuje do dziś i reprezentuje już całkiem niezły poziom, co potwierdzają na zawodach krajowych. Opisywane zawody pozostają póki co najdłuższą wycieczką w ich skromnym życiu…

ŁG

(relacja ukazała się w zinie „DL”24 – lato 2018)