11.09.18 Relacja z pustyni. W poszukiwaniu ciszy… „No Selfie Zone”!

29 kwietnia 1903 roku przegłosowano ustawę Emile’a Combesa o wygnaniu zgromadzeń zakonnych. Batalion piechoty wyciągał siłą kolejnych mnichów z kartuzji, bo chcieli milczeć dla Boga na uboczu. To radykalny przypadek, ale doskonale ilustrujący fakt, że często w świecie, w którym żyjemy nie da się nawet milczeć! Nawet to próbują zabrać, jakby nie wystarczyła im (i tak skandaliczna) pacyfikacja krzyczących inne hasła niż oni… Cisza jest tak pociągająca i tak… nierealna. Piszę o wewnętrznej ciszy, która pozwala nie podburzać ducha i tym samym nie oddalać go od Stwórcy. W miejskiej dżungli, by przetrwać, często muszę rozpychać się łokciami, grać emocjami, przy nieco dzikim temperamencie wybuch wydaje się rzeczą nieuniknioną, czymś odłożonym w czasie. Na próbę wystawia nas także chemia w naszym organizmie i zwierzęcy System walki o przetrwanie. Ale dość wymówek…

BEZ ŚLADU – BEZ SELFIE

Istnieje we Francji kartuzjański cmentarz, na grobach nie ma ani nazwiska, ani daty, ani wspomnienia po zmarłym mnichu. Żyją w całkowitej ciszy (także podczas dnia) i umierają nie zostawiając śladu. Od 1084 roku kartuzi nie chcą pozostawiać śladów. Liczy się tylko Bóg. Jest to rewolucyjna postawa względem pędu Zachodu, względem mojego starego „ja”. Ostatni Prawdziwy Bunt. Nigdy nie dorównamy, ale warto pamiętać, że gdzieś w Alpach francuskich żyją tacy ludzie. Inspirują, aby jednak próbować się wyciszyć.

Po co się wyciszać? Właśnie po to, by jak to ciągle mówimy „nie płynąć z prądem”, nie być tacy jak inni. Zwiemy się opozycją, kontrkulturą, a w głębi bywamy podobni do reszty memowych krzykaczy, od których odróżnia nas tylko przedmiot krzyku. Jest to dla mnie przełomowa postawa, bo zawsze byłem za tym, by krzyczeć… Kłóciłbym się jednak, czy więcej osiągnąłem krzykiem, czy próbą wewnętrznego wyciszenia. Nie tylko dla siebie, ale – o dziwo – również dla mojego aktywizmu, w którym (wreszcie!) odkryłem sens służby komuś innemu niż sobie samemu i swoim hasłom (patrz – WPW). Modlitwa to prawdziwy achtung… i nie wkurza tak otoczenia.

W POSZUKIWANIU CISZY

Jakiś czas temu pisałem Wam na drogalegionisty.pl o polskich zamkach, które zwiedzałem, ale nic nie zastąpi stojących nieco na uboczu klasztorów – jak ten z trasy na Kasprowy Wierch, który także opisywałem na e-zinie (jakoś w poprzednie wakacje). To nie tylko mury, ale przede wszystkim duch! Ostatnio wynalazłem nowe miejsce, które można „zwiedzać” – Grabowiec niedaleko Gdańska. Na uboczu modlą się tam siostry Betlejemki.

Od dawna wiecie, że zazdroszczę mnichom – tej kontemplacji z dala od świata, ale wiem, że jestem powołany do czegoś innego (m.in. do Was) i to życie nie dla mnie. Co jakiś czas mam jednak zamiar odwiedzać klasztory, by poczuć chociażby namiastkę ich niesamowitego życia – tym bardziej, gdy przy tym także tworzą (malują ikony). Dla chcącego nic trudnego i zaraz opowiem Wam jak poczuć trochę nieba na ziemi, a przy okazji odpocząć od świata, nabrać siły do wewnętrznego milczenia.

Wreszcie znalazłem wolny weekend, o co coraz trudniej. Mam czas i klimat na trzy dni odcięcia! Wcześniej zadzwoniłem do klasztoru. Za drugim razem odebrała siostra, której dobro czułem nawet przez słuchawkę. Brzmiała jak posiadaczka całej fortuny świata odpoczywająca gdzieś na Karaibach, mimo że tak naprawdę nie ma nic (materialnego), a cały jej dzień to wielbienie Pana i Maryi w zamknięciu. Nakreśliłem koncept, że chcę wpaść, specjalnie przyjadę z daleka, będę kimał nieopodal, ale chciałbym uczestniczyć z nimi we mszy św., pozwiedzać w klasztorze co się da, wyłączyć telefon i porozmawiać, pomodlić się razem. Musi zapytać i oddzwoni, bo jak zrozumiała to nie ma być jakieś tam pięć minut. Dobrze zrozumiała. Podałem numer i czekałem do kolejnego dnia ich telefonicznego dyżuru. Oddzwoniły, że… nie w ten weekend, lecz w następny, bo ten nie sprzyja spokojnym odwiedzinom. W porządku, chociaż ponownie musiałem wszystko przestawiać jeśli chodzi o życie „na zewnątrz”. I tak by można opowiadać i opowiadać… w każdym razie udało mi się tam dotrzeć po kilku miesiącach i wielokrotnym przekładaniu terminu…

Musiałem dojechać do Wejherowa, a stamtąd wiejskim PKSem na wiochę nieopodal. Wcześniej wspomniałem o trasie na Kasprowy Wierch – Tatry to przy Grabowcu prawdziwa metropolia. Planowałem zostać na wygwizdowie od piątku do niedzieli.

NA PUSTYNI

Kardynał Robert Sarah mówił w „Mocy milczenia”: Pustynia to miejsce głodu, pragnienia i walki duchowej. Sprawą życiowej wagi jest dla nas wycofanie się na pustynię, by walczyć z dyktaturą świata pełnego bożków, który opycha się techniką i dobrami materialnymi, świata zdominowanego i manipulowanego przez media, świata, który ucieka przed Bogiem, chroniąc się w hałasie. No więc dotarłem na pustynię. Był piątek po godzinie 13:00.

Fotoreportaż z opisywanej wizyty!

Najpierw odwiedziłem miejsce mojego noclegu, rodzinę z pobliskiej wioski. Coś typu agroturystyka – tyle, że gospodarze, do których udało mi się dobić… nie chcieli żadnych pieniędzy. Mogłem tam spać i jeść „za” modlitwę za ich rodzinę. Musiałem iść ze dwadzieścia minut w las od w miarę uczęszczanej drogi, aż po pokonaniu wskazanych zakrętów ukazała się typowa wiocha z zapachem, którego mieszkając w bloku dawno nie czułem. Gospodarze (oraz psy na łańcuchach) przywitali mnie bardzo serdecznie (no… ci drudzy średnio). Mimo, że z właścicielami domu dzieliło mnie prawie wszystko prócz najważniejszego (wszyscy my katole!), jeszcze nie zrzuciłem plecaka, a zagadalibyśmy się na śmierć. Udało się jednak uwolnić i pójść trochę dalej – do Monasteru małych sióstr od Betlejem, od Wniebowzięcia Najświętszej Dziewicy Maryi i od świętego Brunona w Grabowcu.

Już sam spacer po lesie i widok kur wprowadził mnie w błogi nastrój, a co jeszcze gdy dotarłem na pustynię sióstr…

Drewniana brama była otwarta, ale zadzwoniłem zawieszonym przy furtce telefonem. Po chwili wyszła po mnie siostra pełniąca dyżur. Biały habit, zakryte włosy – tak wyglądają mniszki z Grabowca. Podobnie jak kartuzi, mają wspólną inspirację w postaci świętego Bruno, który znalazł upodobanie w modlitwie na pustyni, czym dał początek milczącym zakonom. Siostra z uśmiechem „zaatakowała” czaszki na mojej koszulce Pit Bulla, półżartem wyrażając sprzeciw, że Chrystus zmartwychwstał, a ja wnoszę coś takiego do zakonu. Potem z ciekawością oglądała moje dziary, chyba jednak niecodziennym gościem tam byłem. Co jednak ważne – wszystko to z dystansem i życzliwością. Byłem zaskoczony jej otwartością, ale jak się okazało – wszystkie Betlejemki dyżurujące dla pielgrzymów (mały procent) są bardzo kontaktowe.

Moi czytelnicy mnie znają, więc wiecie, że nieczęsto daję się unieść pisząc wyniosłe deklaracje, ale muszę podzielić się z Wami myślą jaka mnie akurat przy nich zawsze nachodziła – za te pełne miłości osoby, gdyby ktoś chciał je skrzywdzić, byłbym gotowy walczyć na śmierć i życie. Przynajmniej czułbym się zobowiązany.

Wszystkie z tym jedynym w swoim rodzaju uśmiechem, od dawna raczej nieobecnym w miejskich środkach komunikacji miejskiej. Wielu mówi, że im łatwiej „bez tych wszystkich problemów”… po trzech dniach na pustyni stwierdzam – tylko w pewnym sensie…, bo weź przez 90% dnia uwielbiaj Trójcę i to z wielką radością przez kilkadziesiąt lat!

W Grabowcu wiele sióstr jest młodych, część kandydatek wygląda jakby miały lekko po dwudziestce. Znaczna część to kobiety spoza Polski, np. Francuzka, Austriaczka, Szwajcarka itd.

Przeszedłem się po terenie…

GRABOWIEC – DZIEŃ 1

Połowa terenu zakonu jest otwarta – od bramy wejściowej do kościoła. Kościół przedzielony jest płotem, za którym znajduje się tzw. część kontemplacyjna, domki, w których siostry poświęcają się ciszy i modlitwie. Tam nie można zwiedzać, a nawet spojrzeć – „płot” to dechy bez szpar.

W otwartej części znajduje się dom dla gości, sklepik, wystawa sztuki i zdjęć, mały domek do kontemplacji, kapliczka adoracji, rzeczka z mostem i jakieś domki. Można pospacerować w ciszy. Pomogą Ci się odnaleźć siostry, które zajmują się gośćmi.

Nie byłem jedynym gościem w monasterze, dlatego musiałem wpisać się na adorację w tzw. oratorium i umówić się na dłuższą rozmowę z mniszką (o czym marzyłem od dawna).

Poszedłem do kościoła, przywitać się z Jezusem (dostając wcześniej ochrzan, że od tego nie zacząłem). Składa się on jakby z dwóch pięter – parteru i balkonu dla „zwykłych wiernych”, na którym znajdują się tradycyjne ławki. Dół jest odcięty i w specjalnych przegródkach modlą się w nim siostry. Po otwarciu drzwi czujemy mocną woń kadzidła, wchodzimy po schodkach i jesteśmy na górze. Kościół ma surowy i piękny przez to klimat. O ile (jak prawie każdy) podziwiam budowle gotyckie, to zakonna surowość z inspirowanymi Kościołami Wschodu charakterystycznymi ikonami również stanowi, innego typu piękno!

Dziękuję Ci Panie, że pozwoliłeś to dostrzec zwykłemu chłopakowi z osiedla i mam ten dar, że potrafię się tym cieszyć! Patrzyłem na to nie mogąc doczekać się Nieszporów o 18:00! Wreszcie zobaczę je wszystkie na raz.

Gdy siostry (około dwudziestu) zaczęły schodzić się na swoje miejsca naszła mnie myśl „może jutro zaczniesz się modlić, bo niesprzyjający modlitwie szok i ciarki nie miną zbyt szybko!”. Chłonąłem to niczym przedstawienie, co oczywiście nie powinno mieć miejsca, ale tak znacznie różniło się od sposobu modlitwy, który dotychczas widziałem na żywo, że ciężko było opanować emocje „katolowi z zewnątrz”.

Siostry żegnały się po kilka razy i głęboko kłaniały, dotykając ręką ziemi. Składając pokłon kładły się wręcz buzią do ziemi. Kładły się na podłodze. Przytulały się do ikon. Nasz (jak mawiał ojciec śp. księdza Kaczkowskiego) „katolicyzm kucany” byłby nieźle zawstydzony… Zaryzykuję stwierdzenie, że naszym miejskim katolom siostry skojarzyłyby się z fanatyczkami, którymi faktycznie są, tyle że w pozytywnym sensie. Pierwszy raz spotkałem się z tak aktywną modlitwą, dlatego później podpytywałem o owe gesty.

Siostry zapożyczyły je z Kościołów Wschodnich (zresztą nie tylko je…) – nie są u nas zakazane, a „modlitwa ciałem” wspiera modlitwę sercem. Poruszenie ducha wspiera się po prostu poruszeniem ciała w gestach modlitewnych. Dotykanie ręką ziemi po znaku krzyża oznacza głęboki pokłon. Do ikon (po jednej stronie ołtarza Jezus, po drugiej mały Jezus z Maryją) siostry podchodzą wtedy, kiedy „ikona je woła” – czynią to spontanicznie podczas Nieszporów, czy Jutrzni i kłaniają się im, przytulają i całują. Robi to wrażenie na turyście, jak taki mały „show”, ale dla mnichów to naturalne, czasem od kilkudziesięciu lat, więc trzeba raczej podziwiać fakt, że mimo tylu lat modlitw nadal tak kochają Maryję, że „muszą” cały czas się Jej kłaniać z rozanieloną miną i raczej nie narzekają na bóle w plecach…

„Salve Regina” w klasztornych murach brzmiało jeszcze piękniej niż zwykle. Spoglądałem na rozmodlone twarze mniszek. Większość we wspomnianych białych habitach, kilka kandydatek w czarnych kapturach. Podczas modlitw wszystkie mają te kaptury naciągnięte na głowy, jak najbardziej chowając swe oblicze przed światem. Niektóre nawet przez chwilę nie zerkają w górę, gdzie wiercą się wierni-turyści. Trudno było się tym nie zachwycić. Prawdziwa szkoła ciszy i modlitwy.

Ten filmik nakręciłem, nie mogąc się powstrzymać, podczas kolejnej wizyty:

Wróciłem wieczorem do miejsca noclegu. Usiadłem sobie z zeszytem i kawą przed domkiem, szczęśliwy i zrelaksowany. Przysiadł się do mnie gospodarz – typowy wieśniak z Kaszub. Bardzo sympatyczny. Dziadek żyjący swoim gospodarstwem, wieczornym różańcem, rodziną i mszą świętą. Lubi też opowiadać kawały – suchary, ale dla niego bardzo śmieszne. Poczęstował mnie tabaką.

O 20:00 poszedłem się kąpać, pisać w swoim pokoju i szybko zasnąłem, pełen fascynacji. Rano Jutrznia o 7:00.

GRABOWIEC – DZIEŃ 2

Są tu bardzo wykształcone siostry. Lekarz, adwokat, a nawet… mniszka-leśnik! Nic dziwnego, że są niemal samowystarczalne, chociaż czasem korzystają z pomocy miejscowych wieśniaków i ich maszyn rolniczych. Mi to imponuje, gdy tak zamykają się dla Boga „wykształciuchy” (pani adwokat!), jak głośne wołanie wewnętrzne musiały usłyszeć!

Wstałem na Jutrznię. O 7:00 rano prawie godzina śpiewów i czytań. Wcześnie, nie? A siostry potrafią przyjść na nią prosto ze… spaceru modlitewnego, który zaczyna się np. o 4:00 rano! Na Jutrzni prócz mnie kilka osób, ale na te kilka 50% płakało z powodu pięknego śpiewu i modlitw sióstr.

O 7:45 msza św. – specjalnie przyjeżdża na nią ksiądz. Po przemienieniu chleba w ciało Chrystusa, wszystkie siostry padły na ziemię i leżały twarzą do niej aż do przyjęcia Eucharystii. Z balkonu widać było tylko zwinięte „białe kulki”. „Ojcze nasz” odśpiewane w kręgu, z uniesionymi dłońmi i z tymi spiczastymi kapturami na głowach również było czymś niesamowitym.

Pełen skupienia i modlitwy i poszedłem do noclegowni na śniadanie. Gospodarze bardzo o mnie dbali. Pyszne potrawy kaszubskie smakowały wyśmienicie, dopełniały one ucieczkę od „zwykłego świata” w miastach i od naszych wszechobecnych fastfoodów.

Rozmawiałem z miejscowymi o historii zakonu, o wzruszeniu, gdy mieszkańcy usłyszeli, że on powstaje oraz anegdoty z siostrami i pielgrzymami w roli głównej.

Pierwszy szok powoli mijał, wyciszyłem się, skupiłem się na modlitwie i rozmyślaniu. Zastanawiam się głównie jak przenieść chociaż skrawek tego spokoju do miejskiego życia w brzydocie. Kierować oczy ku Bogu – jak najczęściej, innego sposobu nie ma…

Na 12:00 byłem wpisany na godzinną adorację w oratorium/kapliczce. Najświętszy Sakrament to ten sam opłatek, który przemienia się w ciało Chrystusa na ołtarzu. Jezus jest wystawiony – tuż przed nami. Mam częsty problem z adoracją poprzez natłok myśli – nie tylko typowo ludzki, ale typowo dziennikarski. Siostra pocieszała mnie, że to normalne. Różne są dni. Czasem przynosimy Chrystusowi pytania, czasem żale, czasem po prostu patrzymy z podziwem i nie mówimy nic. Pytając siostrę o sposoby modlitwy, poleciła mi także modlitwę Słowem, a więc Ewangelią. Czytasz fragment i kontemplujesz go, prowadzisz dialog z Bogiem, zdajesz sobie świadomie sprawę z tego, co On mówi poprzez Słowo.

Po mistyce – odrobina komercji. Nie, nie – to złe słowo. W sklepiku sióstr nie znajdziecie chińskiej tandety, a koszta produktów przekazywane były (w tym okresie) na współbraci z Palestyny. Kupiłem sobie album zdjęciowy z Betlejemkami, tak by zawsze je mieć przy sobie, a także małą ikonę – wyprodukowaną przez Betlejemki z zagranicy.

Do rozmowy ze mną przydzielono starszą siostrę, oczywiście uśmiechniętą szczerze (czy ktoś potrafi bardziej rozpoznać fałszywy uśmiech od nas, ludzi z osiedla?) i chętną trochę ponawijać (jedną z cech charakterystycznych tego zakonu jest milczenie). Rozmawialiśmy na temat mojej wiary, nie chcę się więc tutaj zbytnio rozwodzić, refleksje z pewnością przejdą na jakieś felietony. Z innych spraw warto przytoczyć słowa mniszki, że mimo, iż część sióstr może wyglądać na święte to toczą one także szereg walk wewnętrznych, jak każdy człowiek. Jak ktoś powiedział „stary człowiek umrze dokładnie 5 minut po naszej śmierci” – zawsze będziemy męczyli się ze wspomnieniami, nieważne jak się nawrócimy. Siostra pożyczyła mi książeczkę egipskiego mnicha Matta-el-Maskine. Ogólnie ich inspiracje, jak już nie raz tu wspomniałem, idą w kierunku Wschodnim (siostrze kilka razy wymcknął się sceptycyzm wobec stanu chrześcijaństwa zachodniego – jak widać za murami klasztornymi też nie są z niego zbyt dumni…).

Po raz kolejny Nieszpory o 18:00 i poszedłem na kolację, pisać i spać. Około 22:00 odjechałem na ogromnej, miękkiej poduszce. Jutro niedziela.

GRABOWIEC – DZIEŃ 3

Kto mi powiedział o Grabowcu? Tau. Przed koncertem (byłem chyba na czterech) spotkałem go w pizzeri – akurat też tam jadłem z żoną. Raper z Kielc nie raz może irytować, ale ja wierzę szczerości jego drogi i intencji, a że mamy podobne fascynacje mistyką – dwa razy nie musiał mi mówić. Po raz kolejny udało się Piotrkowi zainspirować mnie do wejścia w głąb wiary, za co jestem mu wdzięczny. Nawrócenie zacząłem wszak m.in. od płyty „Graal”, o której sam artysta nie chce dziś nawet słyszeć… Jego wiara była wtedy, podobnie jak moja, strasznie zmieszana ze sprzecznymi wobec niej strefami.

Wstałem pięć minut przed budzikiem – była 5:50. W kościele byłem o 6:40, wcześniej czytając na specjalnej tablicy, że Jutrznia dziś o… 8:00.

Życie – miałem więcej czasu na samotną modlitwę, tym bardziej, że zainspirowaną przez samotnie modlącą się siostrę, którą zastałem przed 7:00 rano z Pismem Świętym. Tymczasem przebijały się już pierwsze tęsknoty za domem i światem zewnętrznym, udowadniające, że moje miejsce jest w mieście, a misja pośród hałasu i chaosu, który mnie zbudował. Po Jutrzni niedzielna msza św., która trwała ponad godzinę.

W domu byłem o 22:00 w niedzielę. To był błogosławiony czas! Na pewno zbliżył mnie jeszcze bardziej do zakonników, nabrałem jeszcze większego szacunku do ich modlitwy. Mimo, że – jak mówiła siostra –Ci ludzie pełni są wewnętrznych walk, widać po nich jak wiele jest już wygranych!

Czy bardziej zbliżyłem się do Boga? Nie da się tak szybko tego stwierdzić – z pewnością tego typu cegiełki budują moją wiarę. Karmię ją. O wiarę zaś zawsze będziemy musieli walczyć i żadne wizyty tego na dobre nie zmienią – warto to zapamiętać, że nie można tego kupić i mieć raz na zawsze.

Warto też podkreślić gościnność w mojej noclegowni. Targałem kilometry butle mleka prosto od krowy i jajka, które dają naprawdę żółte żółtko – nie muszę chyba wspominać, że znacznie różnią się jakością od marketowych wynalazków.

Warto szukać miejsc i uciekać na pustynię. Z Bogiem!

Fotoreportaż z mojej drugiej wizyty, podczas której której fotografowałem siostry podczas procesji Bożego Ciała!

ŁG

(relacja ukazała się w zinie „DL”24 – lato 2018)