18.09.18 WPW. „Flip i Flap” z lekcją pokory…

Ostatnio miałem sytuację iście filmową. Prowadzę zajęcia z dziećmi, ciepły wrzesień, otwarte okno sali, a za oknem włóczą się typowe, dwunastoletnie dzieci ulicy z pobliskich kamienic. – Daawaj, daawaj, ciosy karate, hadzaaa! – krzyczy prześmiewczo stereotypowy spocony grubas z kibicowską smyczą na szyi, do momentu aż w oknie pojawiłem się ja. Mówię, że jeśli są tacy mądrzy to zapraszam na trening, za godzinę jest kolejna grupa. Miała być to grupa dzieci, które jeżdżą na zawody – w tym turnieje międzynarodowe. Większość młodsza od prześmiewców, ale wiedziałem, że będzie to dzięki temu tym bardziej zabawne! Nie wierzyłem w sukces, czyli ich dotarcie, ale o dziwo grubas zza okna odpowiedział miętoląc łapą po ptaku, a drugą po okrągłej głowie: – O której? – I za darmo to jest? – odpowiedziałem, że o tej i o tej, i tak, za darmo. – Przyjdziemy! – krzyknął. Po 15 minutach nie wierzę, gwizdanie do okna. – Proszę pana – oczywiście chudszy, z torebeczką na ramieniu, z cwanymi oczkami (nie powiedział do tej pory ani słowa) wysłał grubego. – A tak jak teraz możemy być? – wskazał na swą prezencję, dresowe rybaczki i t-shirt napięty od chipsowego brzucha. – Oczywiście, na dresowo! – coraz bardziej wierzyłem, że oni serio przyjdą, ale jaja – uda mi się strolować cwaniaczków bez żadnego podniesienia głosu! Pięć minut do zajęć…, wchodzą rozbujani na salę!

– Ale fajny koleś! – mówi gruby wskazując paluchem azjatyckiego mistrza wywieszonego na ścianie sali, w momencie, w którym wszyscy są już wyciszeni i równo stoją, by zacząć zajęcia.

Nieco wyśmiewa miną moich chuderlawych podopiecznych, chudy jest trochę bardziej obsrany i przeczuwa jakąś lipę (masa dodaje odwagi, heh).

Starałem się za wszelką cenę zachować przyjazną minę – kurde, uda mi się „myk” bez późniejszej wizyty w konfesjonale (czytaj: bez nerwicy)!

Dobrałem dzieci w pary, obu przybyszy rozdzieliłem z moimi zawodnikami. Nie zrobię walk, to byłoby zbyt prymitywne i dla mnie oczywiste. Zajadę ich prostymi ćwiczeniami w parze, by zobaczyli kontrast jak wytrzymują to płuca zawodników, a jak fanów „Laysów” i napinkowego krzyczenia zza okien.

Co Wam będę przedłużać… Wytrzymali dokładnie 20 minut, a od 15stej dawali sobie ciche gesty, że czas uciekać…

Najpierw zobaczyli na rozciąganiu jak 3/4 grupy siedzi w szpagatach, a potem poczuli pierwszą (!) moc serii na tarcze. Po 20 minutach przyszli, powiedzieli, że rodzice się na nich wściekną i muszą wracać.

– Na pewno jeszcze przyjdziemy! – skończył gruby.

To było wczoraj, więc pożyjemy – zobaczymy, ale wątpię…

– Szacunek chłopaki, że chociaż podjęliście temat po napince! – pożegnałem ich mimo wszystko miło…

A dla starszych czytelników, stare, dobre:

ŁG