21.09.18 RECENZJE: „Sztandar chwały” (dramat wojenny, USA, 2006).

19 lutego 1945 roku wojska USA rozpoczęły desant na malutką wulkaniczną wysepkę leżącą ponad tysiąc kilometrów od Japonii – Iwo Jimę. Ten niepozorny skrawek lądu miał niebagatelne znaczenie strategiczne dla dalszego prowadzenia działań wojennych, dlatego Jankesi skierowali tam ogromne siły. Jak się wkrótce okazało, dla wielu z nich (oczywiście Japończyków również) te spowite wulkanicznymi oparami skały i piaski miały stać się grobem. Właśnie na kanwie tych wydarzeń powstał film Clinta Eastwooda, choć motywem wokół którego koncentruje się większa część fabuły są losy żołnierzy, którzy na górze Suribachi zatknęli amerykańską flagę. Ten fakt został uwieczniony, dość przypadkowo, przez fotoreportera i tak powstało jedno z najlepszych zdjęć z drugiej wojny światowej, za które autor otrzymał zresztą nagrodę Pulitzera (zdjęcie możecie zobaczyć niżej).

Film jest podzielony niejako na dwie części – wojenną i toczącą się później w USA, ale wydarzenia z tych dwóch lokacji przeplatają się. Działania wojenne przedstawione są w brudnych odcieniach szarości z dodatkiem mocno wyblakłych kolorów, co potęguje mroczny klimat i beznadzieję sytuacji tam walczących, natomiast w „cywilu” wszystko jest pełne żywych barw, co po koszmarze wojny wydaje się wręcz nierealne. Co ciekawe, w czasie walki praktycznie nie uświadczymy Japończyków, czasem są jakieś migawki kiedy atakują z zaskoczenia. Widać, że reżyserowi zależało na przedstawieniu przede wszystkim amerykańskiego spojrzenia na tę bitwę, na szczęście nie ma tu zbyt wielu pompatycznych scen typowych dla produkcji z Hollywood.

Co do losów wspomnianych wcześniej bohaterów podnoszących flagę, po jakimś czasie okazuje się, że tak na prawdę nimi wcale nie są i nawet sami się za takich nie uważają, a na skutek medialnej wrzawy zostali jak osły zaprzęgnięci do amerykańskiej machiny propagandowej, by nakłaniać ludzi do kupna wypuszczanych przez rząd obligacji. Dziś takie działania władzy pewnie budziłyby jedynie oburzenie, ale wówczas po tourne objazdowego cyrku (bo inaczej tego nazwać nie można), zgromadzono środki dwukrotnie większe niż pierwotnie zakładano.

Niestety gra aktorów nie powala, nie utożsamiamy się z żadnym z bohaterów i raczej obojętne jest nawet to, kto i kiedy zginie – po prostu ciężko w tym o jakieś emocje, mimo, że same sceny walki nie oszczędzają oczu i efekty specjalne stoją na dość wysokim poziomie. Dodatkowo ciężko jest współczuć amerykańskim żołdakom, kiedy ma się świadomość, jak dziś macki Waszyngtonu oplotły niemal cały świat i wszędzie chcą nieść „wolność i demokrację uciśnionym” za pomocą swoich bomb.

Tak się złożyło, że w pierwszej kolejności zobaczyłem „Listy z Iwo Jimy”, które Eastwood kręcił równolegle z tym filmem, a te są spojrzeniem na to piekło z drugiej strony, więc jeśli interesuje Cię „wersja Japończyków” to „Sztandar chwały” („Flags of Our Fathers”) jest dobrym wprowadzeniem do wydarzeń, o których tam mowa i z tego powodu warto go zobaczyć.

                                                                  Antyanarcho