25.09.18 Auschwitz-Birkenau. Patrząc zza drutów…

Byłem w Auschwitz i w Birkenau. To nie był pierwszy obóz, który zwiedzałem, więc nie był to też zbytnio przełomowy moment w moim życiu. Czasem myślę sobie, że mało będzie już przełomowych momentów w moim życiu. Rzuciłem używki, hajtnąłem się porzucając nakręcanie się na przygody, udowodniłem tym, którzy mnie skreślali, że poradzę sobie – znajdę sobie miejsce w życiu i ustabilizuję się. Nawróciłem się, ciągle nawracam się na nowo, poznaję czym jest grzech i wiem, że ma spore konsekwencje w życiu moim i moich bliskich. Wiem, że muszę korzystać z sakramentów, bo wszystko się rozpadnie. Ba – wątpię nawet, czy usłyszę jeszcze jakąś przełomową piosenkę, a muzykę kocham niezmiennie… Wydaje mi się, że pod żadnym względem nie zaskoczy mnie i nie wpłynie na moje życie już żadna płyta. Mam 82 lata? Nie, o 50 mniej… To ten czas, to okres stabilizacji, nieulegania każdej emocji i emocyjce. W Auschwitz-Birkenau ani nie byłem zdziwiony, ani nie płakałem, ani zbytnio nie dumałem. Spoglądałem na twarze zagranicznych turystów, którzy spuszczali przed nami-miejscowymi wzrok, byle tylko nie zachować się niegodnie. Chwała im za to, słyszałem tylko o rozkrzyczanych grupkach nieokrzesanych dzieciaków…

Patrząc zza drutów na baraki i kominy, wchodząc do środka „sypialni” więźniów zdałem sobie po prostu jeszcze raz sprawę, że TO MIAŁO MIEJSCE.

Oglądając fotografie prowadzonych do aresztu polskich zakonników, będąc przy celi głodowej śmierci ojca Maksymiliana Kolbe wiedziałem – również nie po raz pierwszy – że nie zaśpiewam już sobie radośnie Auschwitz-Birkenau sialalalala jak w czasach nastoletnich-subkulturowych. Już od kilku lat zacząłem uważać z czarnym humorem.

Nie liczcie przy tym jednak na czarno-białe negowanie takich samych ignorantów jak ja wtedy, moich kumpli, bo ludzie są nawet nie na krętej drodze, a na wielu krętych drogach… Jedni nie wiedzą o czym mówią, drudzy wiedzą, ale wydaje im się, że „wojna ma swoje prawa”, trzecim być może pozwala tak krzyczeć brak namacalności tych kilkudziesięciu lat wstecz, a czwarci nie mają nic poza wzbudzaniem kontrowersji podobnymi hasłami. Głupie zdziry to lubią…

Nie przybijajcie mi „mówienia językiem Żydów”, bo bardziej od nich interesuje mnie los moich rodaków, którzy podobną drogą wylecieli przez ten sam komin. Jednym jest gra polityczna i ekonomiczna, a drugim to jak skończyli właściciele kupy butów ułożonych za szybą w muzeum Auschwitz…

Gdyby nie „super wyobraźnia” niemieckich nacjonalistów, być może nacjonalizm dziś miałby się lepiej, a więc raczej Niemców należy obwiniać za słabość narodów, a nie tylko Żydów (oni oczywiście również mają swoje za pejsami)… Jakże łatwiej byłoby rozmawiać o istotnej również dla mnie (!) kwestii KRWI, gdyby organizacja zwyrodnialców nie zaczęła bestialsko zabijać za narodowość?

Każdy kraj ma swoich podludzi. Naziści wierni Hitlerowi z pewnością byli podludźmi narodu niemieckiego… I tyle mogę napisać o czasach, gdy z powodu braku wyobraźni wydawało się to fajne…

Życzę Wam tylko tyle, byście doszli do prawdy swoimi sercami, a nie żadną pejsiastą polityką. Prawda mówi bowiem sama za siebie. Jeśli „lubisz małolaty” – pomyśl, że mogłaby to być Twoja córka… Gdy mówisz „takie jest prawo wojny” – pomyśl, czy takie prawo wojny wprowadza władza walcząca o lepszy świat…

Bliźniego swego jak siebie samego.

ŁG