7.10.18 Start Lublin 67-81 Legia Warszawa (Polska Liga Koszykówki).

Zapewne widzieliście już sporo materiałów z Wrocławia, zatem jak „za starych czasów” wrzucę coś mniej typowego. Piłka nożna, hokej, koszykówka… to moja kolejność sportów zespołowych, a od siatkówki to wolę nawet żużel obejrzeć (pamiętacie, że był lata temu temat powrotu żużla w stolicy?). Starsi czytelnicy „Drogi Legionisty” zapewne pamiętają moje relacje z dziwnych wojaży po hokejowych sparingach, czy koszykarskich wioskach w II lidze… Wczoraj byłem na meczu najwyższej klasy rozgrywkowej Lublin – Legia, bo po latach wreszcie CWKS jest (drugi sezon pod rząd) w basketowej elicie. Klimatu ultra na halach tak czy siak nie będzie, akurat w aktualnym „TMK” jest wywiad z kibicami AZS Częstochowa, sami o tym wiedzą najwięcej. Tak więc pozostaje nam w Polsce – przynajmniej jeśli chodzi o mecze wyjazdowe – emocjonowanie się kibicowaniem Legii w meczu rozgrywającym się na parkiecie. Na pierwszym spotkaniu sezonu 2018/2019 pojawiło się co najmniej kilkunastu kibiców Legii (w różnych miejscach lubelskiego Globusa) w tym kilku, którzy prowadzili doping.

Miejscowi nie mają kumatych kibiców (widziałem zaledwie jedną osobę w barwach Motoru), tylko typowy żałosny młynek piknikowo-basketowy. Dopingował on cały mecz w asyście niewielkiej flagi sektorowej i bębna. Liczył kilkadziesiąt osób. W pewnym momencie spiker powiedział, że na hali Globus słychać tylko… kilku kibiców Legii, co było prawdą, bo Jesteśmy zawsze tam odbijało się od ścian, a miejscowe pikole niechętnie włączały się w śpiew. Ogólnie kibicowsko ziew.

Hala była wypełniona w niewielkim stopniu, jako że ma ponad 4 tysiące pojemności, był tam może tysiąc, półtora tysiąca widzów. Część trybun była w ogóle wykluczona i nie można było na nie wejść. Jako, że to była inauguracja, czuć że Lublin raczej nie czekał na nią przez całą zimę…

W zeszłym sezonie, po tułaczce w I, II i III lidze, Legia była beniaminkiem PLK (umówmy się, że będę używał tej nazwy zamiast jakichś Energa Basket Lig), zajęła w niej 16 miejsce, a gdyby nie wycofanie się Czarnych Słupsk z rozgrywek kto wie, czy byśmy się w niej utrzymali. Pamiętam serię porażek, dlatego szczerze mówiąc nie liczyłem na nic na parkiecie, nie obstawiłem kuponiku, sądząc że zwycięstwo tu jest po prostu niemożliwe.

Start nie jest faworytem rozgrywek, ale pewnie tymi kilkoma nas rozpykają. Tymczasem Wojskowi przegrywali już 14 punktami, by ostatecznie wygrać w takim samym stosunku, 67-81! Jak łatwo się zatem domyślić, mecz był jak na kosza ciekawy, z wieloma zwrotami akcji i nerwówką, tym fajniej przeżywaną, że wśród miejscowych, którzy już myśleli, że ich drużyna wygrała mecz. Niby tylko zgredy, ale miło było słuchać jak frustrują się za sprawą siedmiokrotnego Mistrza Polski, chociaż robili to (niestety :-) zbyt kulturalnie jak na atmosferę, w której wyrośliśmy, heh.

Po meczu feta w obozie warszawskim. Cieszą się także kibice Legii, z którymi koszykarze wspólnie odśpiewali „Warszawę”. Cieszy taki widok, kiedy cały team z PLK podchodzi do kilku fanatycznych fanów i bawi się z nimi po meczu. Z pewnością będę śledził grę chłopaków i w miarę jak me dziwne życie pozwoli pojawię się w kilku dziwnych miejscach wspierać na żywo swoją drużynę… Czy to piłka, kosz, czy inny curling…

I to jest piękne, że Legia w jeden weekend wygrała w dwóch dyscyplinach zespołowych na najwyższym krajowym poziomie! Cieszę się, że mogłem oglądać jak grupa sportowców z jajami nie pęka i odrabia straty na obcym terenie… Tak trzymać, a Play Offy i obrona Mistrza nasze!

ŁG

PS: Jak dobrze, że MCGregor dostał po łbie w UFC… Jaka lipa, że Asia nie zawalczy z Ukrainką… Ach ten sporcik! Sport…, Rydzyk…, starzeję się :-). Dobrego tygodnia!