24.10.18 Myślmy w sposób przyczynowo-skutkowy…

Czekałem ostatnio na mszę akademicką przed kościołem św. Anny w Warszawie. Akurat tam mnie rzuciła niedziela…, ale do mszy pozostawała aż godzina. Wyszedłem pod kościół, a tam b-boye ułożyli matę z kartonów i taśmy klejącej, kręcąc się na baniach i zarabiając grosze z wymagającej poświęcenia pasji. Dobrze latali! Szanuję, ale nie dałem…, taca i zbiórka na oprawy były w perspektywie, nie wszystkim mogę dorzucić (na chleb, czy pasję), a chciałem za bramami Legii więcej niż piątaka. B-boy zbierał po występie kasę obiecując żartem, że kto da ten pójdzie do nieba. Wszedłem do świątyni, szukać prawdziwego nieba. Pomyślałem… Nie wiem, czy dziękować Bogu, czy mieć do niego pretensje, że są dzieła, które nawet w natłoku „ważnych obowiązków” potrafią zostawić mnie w, hm, pozytywnym przygnębieniu. Są książki, które tygodniami trzymamy na biurku… no wiecie, z wkładką gdzieś na 40stej stronie, łudząc się, że do niej wrócimy. Podświadomie wiemy, że nie…, ale zalegają tam i kurzą się, by uśmierzyć nasz ból związany z wydaniem na nie prawie ostatnich pięciu dych (sorry b-boys, a mogłem jednak Wam…). Pozycje nietrafione. Miałem niedawno lepszy dzień i wcisnąłem ze cztery takie na coraz szczelniej wypełniony regał. Może kiedyś… nie, nie wrócę do nich… Co kilka tygodni odbywa się taki rytuał, przesiewam. Dzieło Johna Steinbecka „Myszy i ludzie” (jest także dobry film z 1992 roku) nie należy do tych pozycji…, ale to też zależy dla kogo…

Znam masę fajnych (!) ludzi, którzy uważają mnie za nudnego, gdy włączam te swoje rzeczy i rozkminiam te swoje klimaty (tym bardziej, gdy czynię to w kościele, najnudniejszym miejscu świata, bo przecież niebo jest za tacę dla b-boyów i inne „fajne sprawy”…).

„Nie może być komedia, musi być jakiś smutas”?

Weźmy cytat z jednej z wielu recenzji dzieła: „Myszy i ludzie” Steinbecka to kanoniczna dziś opowieść o braterstwie, a zarazem przejmująca przypowieść o tragizmie wpisanym w człowieczeństwo (…). To tylko przykład. Jedni fascynują się czymś takim jak „tragizm wpisany w człowieczeństwo”, a inni wcale go nie widzą, bo liczy się tu i teraz, tudzież „mój interes” („jaki tam od razu tragizm, co to w ogóle znaczy…?”).

Olbrzymy, jak Lennie z „Myszy i ludzi” żyją – zresztą podobnie jak Lennie – z rozumowaniem kilkuletniego dziecka. Czasem im zazdroszczę, a czasem przypominam sobie, że Lennie też płakał, lecz najczęściej z absurdalnych dla myślącego człowieka powodów.

Zastanawiam się po prostu, czy nasi ludzie często myślą o tragizmie tego czym jest wojna. Jeśli ktoś stale tęskni do wojen (czytam masę takich tekstów, zazwyczaj autorzy mają +/- 20/25 lat), nie będę mu jednak cisnął… Sam dojrzeje jak będzie mądre rzeczy czytał, albo np. zacznie żyć dla innych ludzi (rodziny?). Też tęskniłem za wojną, której nie znałem, zresztą dobrze pamiętacie. Nie oznacza to pacyfizmu, trzeba będzie to trzeba będzie (i tu jest ta różnica!), ale dążyć do tego (a potem w ilu przypadkach uciec w kulminacyjnym momencie… hę?) jest podejściem chorym, mam wrażenie, że typowo bezmyślnym.

Stay Strong! O tak…, ale uważaj gdzie tę siłę chcesz skierować i kiedy wykorzystać. Tak więc, reasumując, tym całym tragizmem zacznijmy się trochę głębiej interesować i zauważmy, że nie musimy wywoływać kolejnych wojen, by i tak mieć już przerypane…

Gdzie jest rozwiązanie? Dobre pytanie… Hitler wybrał wojnę w imię podboju, wikingowie wybrali wojnę w imię podboju… Jarasz się, nie? A gdzie są dziś ich kraje? Myślmy w sposób przyczynowo-skutkowy, bo tęczowi-liberalni (na płaszczyźnie moralności) Niemcy, czy Szwedzi przepychają kolejne patologie stale powołując się na swoich przodków. W negatywnym sensie…

ŁG

PS: Jeszcze jedna dygresja. Może uważacie, że obcowanie z wielkimi dziełami jest słabe, bo to przecież „takie łagodne dzieła” (nie to co serial „Wikingowie”, yeah!)? Ok., co w takim razie stanowi największe dzieła cywilizacji białego człowieka? Rzeczy głębokie i piękne, czy może wulgarna porno-szmira? Bądź sobie niepokornym…, ale naucz się wzruszać, białasie… A to nauczy Cię człowieczeństwa.