28.10.18 (D)aredevi(L). Nie da się uciec.

Ostatnio znowu dużo się robactwem otaczam – także w kulturze, to „Ślepnąc od świateł” (teraz serial, książkę czytałem dwa razy, mój TOP 3), to właśnie „Robaki” – naprawdę świetna powiastka śp. Marka Nowakowskiego o patrzeniu na baby przez pryzmat rządz. Miasto, Warszawa, rządze. To tak straszne, że aż piękne i klimatyczne, aczkolwiek za stary jestem (chociaż… ostrożności nigdy za wiele), by się dać źle zainspirować, więc czytam i oglądam sobie bezpiecznie. W międzyczasie meczyk wpadnie, wyjazd na zawody… No i w tym wszystkim ból, melancholia, Bóg. Gadałem ostatnio długo z księdzem, jak pieprzony Daredevil – w przyciemnionym pomieszczeniu, pytałem co sądzi o moim życiu i otoczeniu. Usłyszałem to, co chciałem usłyszeć – „nie uciekaj, nie odcinaj się, działaj wewnątrz tego”. Od zła i tak nie da się uciec, pozostaje prosić Boga jak w „Ślepnąc…”, by zatopił miasta, bo inaczej… Jesteś tu. Przypominam sobie biografię Ojca Pio, ten wielki święty odciął się w swojej klasztornej celi, ale nawet, gdy jesteś Ojcem Pio i jesteś zamknięty za drzwiami, zło przyjdzie po Ciebie przez nie, miota Tobą… Nie uciekajmy zatem, bo to nie jest męska postawa. O zakonnikach to ja mogę sobie poczytać i czasem ich odwiedzić, a prawda jest taka jak mi ostatnio powiedział dziesięcioletni podopieczny: „trener wygląda jak typowy Dres”, „yyy, naprawdę?”. Jeszcze…? Jak mówi klasyk: Drechy ściągniesz, ale Drecha z siebie chyba do końca nie… kimkolwiek owy „Drech” miałby być według nas i według dzisiejszych dzieciaków.

Bohater „Ślepnąc…” jest dilerem kokainy, wplątanym w różne interesy i wylot na wakacje pozostaje dla niego nierealnym marzeniem. Podobnie dzieje się… w mojej głowie, a konkretnie w kwestii całkowitych wakacji od ulicznych inspiracji. Akurat nie chodzi o interesy, o narkotyki, ale o kibicowanie, o przemoc, o tą brutalną prawdę o mieście, która raz poznana opętała nas na zawsze (gadałem kiedyś z innym zakonnikiem, który miał mroczną przeszłość: niektórzy Cię nie zrozumieją, bo od małego ministranci…).

(D)aredevi(L) siedział u księdza i mówił na to, że od zła i tak się nie ucieknie: „ale ja to wiem, mi chodzi raczej o fakt, że jara mnie jak ktoś da sobie po pysku, a nie o to, że zło jest” – to po grzechu pierworodnym (jak lubi powtarzać mój czytelnik, z którym mam kontakt) oczywista oczywistość. Gdyby sobie po prostu było, a wewnątrz ja – święty, no to wszystko byłoby przejrzyste, ułożone, rozumiałbym swoją misję znając Ewangelię. Chodzi o wątpliwość, kiedy jest kolaboracja z nieprzyjacielem, w tym złożonym, skomplikowanym, wielopłaszczyznowym życiu. Oto jest zagadka, a każdego dnia potrafię mieć inną odpowiedź. Dlatego oplatam ten krzyż, ale jednak na dachu bloku… Na dachu, który każdego dnia grozi zawaleniem.

Jadę tramwajem, obok grupa studentów, od tego jak wyglądają i o czym oni gadają boli mnie głowa. Ta ich radość taka jak tych głupkowatych gości Wojewódzkiego na jego kanapie, bije od nich brak znajomości klimatycznych obszarów życia, jak od nowych pseudo-raperów. Pogratulowałbym im nawet uniknięcia zła w życiu, ale nie – oni zła nie unikają, najprawdopodobniej nie wiedzą, co to futbol i problemy – jak to jest mieć totalnie przerypane, ale całe życie wyznają ten aksamitny, różowy hedonizm. To jest niby dobre…? Lepsze od pocisku w kierunku pedałów od chuliganów Motoru w Lublinie? Jakaś starsza pani chyba się ze mną zgadza, bo siedzi obok studentów z grymasem na twarzy. Włącza mi się pokusa żeby jakiś coś do mnie, albo do tej pani powiedział, by był pretekst, aby mu sprzedać kolanko, akurat tak ładnie siedzi. Bez sensu…

Wyznacz sobie konkretne granice! Czasem idąc z dalszymi znajomymi, kiedy obcinają oni tyłki babeczek, znając moją wiarę, dodają szyderczo „Ty nie możesz, he”. Ja nie chcę… mogę (mam wolną wolę), ale podpuścić się nie dam. Kiedy stawiam sobie granice, jestem wojownikiem, nie mięczakiem. To nie tak, że mi się nie podobają te tyłeczki (daliście się nabrać na jakieś „tylko pedał nie patrzy”? – cieniasy, załóżcie lepiej rodziny…), ale wiem, że jak się wkręcę w zbyt ładne widoki, mogą nie dać mi spać. To jest nałóg, nie tylko natura. Kocham swoją żonę (dzięki niej nie upadam w tym, małżeństwo działa!), miłość to też jest natura, chcę pozostać wierny. Chcę, więc walczę, nie mogę podać Wam wyniku, ale wiem w jaki celuję…

Na ulicy też trzeba wyznaczyć sobie granice. Nie wchodzę w żadne interesy, nie walę po łbie metalowym prętem za poglądy, nie walę w tramwaju z kolanka po łbie, bo ktoś mi się nie podoba, chociaż pokusa jest – tak jak z tymi babami. Jestem z osiedla, ale nie pozwolę, by mnie wchłonęło, bym nie miał z niego wyjścia jak w serialu na podstawie prozy Żulczyka.

To jest ta różnica. Kocham miasto. Ale jestem wojownikiem, rozumiecie? Ono ze mną nie wygra. Wy ze mną nie wygracie… To jest moja siła.

ŁG

PS: W tak upadły świat jak w „Ślepnąc…” wchodzi Chrystus w Dobrą Nowiną. Wielu puka się w głowę, twórca scenariusza raczej też, ale zrozumie to wejście Jezusa w syf tylko ten kto ma za sobą medytacje o chrześcijańskim sensie zła i sensie cierpienia. Gdy pojmie się sens krzyża i cierpienia, można żyć na tym świecie… Za to jestem Bogu wdzięczny i modlę się o to, by być Mu wiernym… Zmartwychwstanie nas uratowało, ale musimy być wojownikami i dobrymi (uważaj Warszawo, pokornymi!) uczniami.

PPS: Nawiązuję tak chętnie do „Ślepnąc od świateł”, bo tak – jest to wydarzenie. Wreszcie wyszło coś klimatycznego, na co czeka się latami… „Daredevil” trochę gorszy, ale też do łyknięcia…

Ale pamiętajcie o dzisiejszej mszy świętej, bo wszystko będzie na nic. Wszystko!