30.10.18 Gdy świat poleca psychotropy… Pozostań silny bracie!

Rozbity jak Real Madryt po meczu z Barceloną (1:5…), jak kibice Lecha Poznań po stracie flag, jak Jagiellonia po wniesieniu ich barw na nowy sektor gości w Białymstoku… Można by szyć metafory w nieskończoność…, ale Ty przecież wiesz, co to za stan… Gdy jestem skupiony na sobie, widzę tylko złe strony (zbyt wymagający?), ale kiedy (czasem się uda…) spojrzę na zewnątrz, na relacje z innymi – potrafię stwierdzić, że jest nieźle! A na pewno jest lepiej – modlitwa przynosi skutki! Toczę wewnętrzne wojny, ale skutkują one lepszym oddziaływaniem na ludzi wokół, bo walczę w Jezusie Chrystusie. Wylewam tu, na „DL”, wiele żali – dostajecie rykoszetem (Wy może idziecie się napić, ja idę pisać…), ale najbliżsi, podopieczni odczuwają zmianę raczej pozytywnie, bo tak muszę stwierdzić, gdy dawno na nikogo nie nawrzeszczałem z byle powodu. Jezus jest lepszy niż antydepresanty, chociaż wymaga od nas więcej niż Go tylko połknąć.

Są owoce, mimo że zły nie odpuszcza. I nie odpuści. Najmocniej nęka tych, którzy walczą, chce ich odzyskać, reszta spokojnie sobie grzeszy, a zły odhaczył ich jako swoich (tak uczą święci i księża, zauważam to w ostatnich miesiącach dość wyraźnie…).

Walka duchowa pozostawia ślady, ta fizyczna też…

Zmęczony, „wszystko na nie”. Czuję się najgorzej, jak zwłoki, mój zmęczony umysł podpowiada mi fałszywe opinie o samym sobie. Trap-erzy namawiają mnie na psychotropy, takich to mamy dzisiaj sprzymierzeńców w kulturze (LINK + LINK. Tylko nie słuchajcie Żulczyka w kwestii zen, następna kwestia po psychotropach, na którą bezrefleksyjnie rzucają się młodzi ludzie… Nie bierzcie udziału w obcym Jezusowi duchowo gównie, czy to buddyzm, czy Halloween).

Kiedyś organizm musi wyrzygać ciągłą auto-motywację, długą pracę, rozpisywanie treningów i stosowanie się do tej rozpiski. Nadążanie za światem, ślepnąc od świateł. Będę mógł to uznać za normalne dzień, może dwa dni po tym „zejściu” – teraz nic do mnie nie dociera, pozytywne myśli jakby nie mogą przebić się przez ścianę zniechęcenia. Poczucie beznadziejności…, pozostaję w domu, wyjdę tylko do kościoła.

Dni kiedy czuję się wypalony duchowo i wypalony fizycznie, a na dodatek zawodowo. Modlę się, leżę, tłumaczę sobie, wiem że muszę wziąć na przeczekanie, bo tak łatwo sobie tego stanu demony nie odpuszczą.

Na drugi dzień wstaję jak skacowany, tyle że głowa mniej boli. Jest uśmiech: dotrwałem. Dotrwałem, bo na tym zniechęceniu nie podjąłem żadnej pochopnej decyzji, nie upadłem – walczę dalej, jestem w grze, tylko miałem kryzys…

Nie można odpuścić. Mężczyzna musi wykonać swój plan bez względu na przeszkody. A planów się nie zmienia pod wpływem dopadającego nas bólu istnienia… Pamiętaj o tym, gdy dopadnie Cię ta rozdzierająca serce samotność, mimo że tylu ludzi wokół. Stay strong brother!

ŁG