2.11.18 Real Halloween, czyli kiedyś nauczę się mówić o Bogu…

Wolne parkingi, studenci wyjechali z miast. Wy, albo Wasze dzieciaki przebierają się za trupy i biegają imprezować, lub zbierać cukierki…? Ja miałem „Halloween” na żywo… Spotkałem trupa, dopiero teraz, chociaż trenuję go już prawie trzy lata. Żywego trupa z datą urodzenia już w XXI wieku. Ten wiek jest pełen żywych trupów. Był ostatni października. – Muszę z trenerem porozmawiać.W porządku, 16:30 ci pasuje? Umówiłem się z podopiecznym piętnastolatkiem. Przyszedł punktualnie, już czekałem – rzucając psu piłkę. Wielki jak cholera, metr dziewięćdziesiąt pięć, chudy, blady, pryszczata twarz. Cichy, gadając z tobą po chwili odwraca wzrok. Taki trochę jak z „Sali samobójców” (na fotce obok), ale do teraz kojarzył mi się z tą kreacją wyłącznie symbolicznie, zresztą jak większa połowa dzisiejszych nastolatków… – No, bo ja nie radzę sobie ze stresem… Przed walkami się trzęsę… Zaczął typowo, wiele miałem już takich rozmów z jeszcze młodszymi dzieciakami – standard, gdy są zawodnikami, ale jeszcze nie dojrzałymi wojownikami…

Już miałem rozpoczynać typową gadkę gdzieś z pół(bo jednak praktyki mam sporo)amatorskiej psychologii sportu, ale gościu gadając to, jak gdyby nigdy nic podwinął rękawy. Pocięte łapy. Nie tak, że „ledwo co się musnę, a potem pobiegnę wywołać sensację, zrobię sobie kontrowersyjną fotkę na Insta, bo nikt mnie nie lubi”. Grube sznyty, jedna na drugiej, cała długa chuda łapa, to musiał być jakiś hardcorowy widok jak to robił…

Zacząłem właśnie od tego „nikt mnie nie lubi”, bo takie coś kojarzy mi się z chęcią zwrócenia na siebie uwagi. No właśnie. Zaskoczył mnie tymi sznytami głównie dlatego, że to lubiany typ… przez kolesi, a także adorowany przez dziewczyny w jego wieku (widziałem go z kilkoma na mieście)… Trenujący modny/męski sport, z normalnego domu, bez problemów z forsą, nauką… Kurde…, co jest nie tak z tym pokoleniem? Opowiedział mi o znajomych, którzy „też tak robią”. Dlaczego? Ma ataki paniki, których nie kontroluje i wtedy musi… Ogólnie boi się, nie potrafił sprecyzować czego. Myślę, że oni boją się życia, które nie jest beztroskie jak wychowanie.

Łatwo powiedzieć do takiego „ty lamusie”, albo go naliczyć, bo słaby i pewnie przyjdzie do ciebie po dragi… Trudniej powiedzieć coś sensownego rodakowi, który do ciebie przyszedł i pokazał autostradę ze sznyt… Przełknąłem ślinę.

Delikatne ciarki mnie naszły, bo nie raz dostał zjeby, albo mocniej w mordę na sparingu (no niestety, na zawodach nie czeka go sielanka, to jest sport walki – trzeba przygotować). Teraz pokazuje mi ranę na ranie i mówi, że stoi pięć minut pod drzwiami, bo boi się wejść do sali. Treningowej, lekcyjnej. Nie boi się dostać – w mordę, jedynki, czy dwójki w budzie… Nie wie czego się boi. Fajnie, że mi zaufał, wychodzi na to, że jednak nie popełniłem wielu błędów i mimo częstych zjebów rozumie mnie, a nawet tak się otworzył (prawie nigdy nic nie mówił… przez trzy lata może kilkanaście zdań!). Jego rodzice mają popołudniowo-wieczorną knajpę z potańcówkami dla emerytów. Nie ma ich. Chłopak nauczył się milczeć.

Próbowałem tabletek, ale nie pomagają. Nawet bez nich nie mogę się skupić, a co jeszcze po nich… – mówił bawiąc się paluchami jak narkoman (którym nie jest, jeszcze nie) , miętoląc je.

Co mu gadałem…? Banały…, że „nie tędy droga”… A co mam powiedzieć? Idzie do psychologa, dobrze, kazałem mu potem przekazać mi to, co powiedział psycholog. Miałem mówić, że ma poznać Boga, czy to był dobry moment? Kim był dla mnie Bóg w wieku 15 lat? Nikim… Nie istniał. Kiedyś nauczę się mówić o Bogu, jak o nim mówić takim ludziom. Kiedyś…

Wróciłem do domu, od razu zapomniałem o moich lękach i problemach, poczułem się normalny. Dedykowałem Jezusowi (znaleziony w pewnej powieści) wiersz z czasów chińskiej dynastii T’ang: Tu, na granicy, spadają liście. Lecz choć barbarzyńcami są moi sąsiedzi, a ty jesteś o tysiąc mil stąd, na moim stole zawsze stoją dwie filiżanki. Choćby potężny syf nas otaczał, Bóg jest obok. Mniej niż o tysiąc mil, a jednocześnie dalej… W każdym razie – niech filiżanka dla Niego stoi zawsze na moim stole. Wtedy mam siłę rozmawiać z takimi dzieciakami…

Ulica uczy żeby uważać ich za słabych, wiara uczy żeby im pomóc. W pogaństwie słaby się nie liczył, w chrześcijaństwie silny pomaga temu słabemu. Rozumiesz czemu nie jestem wikingiem, heh?

Eh. Po co się przebierać za potwory. One żyją w nas, obok nas…

ŁG