1.12.18 Żyj słowem, a odsuniesz kolejne gałęzie. Wypłyniesz…

Jezus powiedział do swoich uczniów w dzisiejszej Ewangelii: Uważajcie na siebie, aby wasze serca nie były ociężałe wskutek obżarstwa, pijaństwa i trosk doczesnych, żeby ten dzień nie przypadł na was znienacka jak potrzask. Przyjdzie on bowiem na wszystkich, którzy mieszkają na całej ziemi. Czuwajcie więc i módlcie się w każdym czasie, abyście mogli uniknąć tego wszystkiego, co ma przyjść, i stanąć przed Synem Człowieczym. Jeszcze kilka lat temu odbierałem ten fragment wyłącznie „pod siebie” – mówię sobie, „zobacz, Ty jesteś Straight Edge, trenujesz…, Twoje serce jest leciutkie, nie ma obżarstwa, pijaństwa, trosk doczesnych – jak u nich, korpo-ludzi, których styl życia zwalczasz w Internecie, na papierze i w życiu”. Dzisiaj – a tak naprawdę kilka miesięcy temu – pomyślałem jednak dalej, odsunąłem jeszcze jedną gałąź… Spytałem siebie, czy „obżarstwo” to tylko dosłownie jedzenie…? Zły duch obżarstwa dotyka u każdej osoby czegoś innego, chociaż oczywiście jedzenie bardzo często się powtarza. My obżeramy się często naszym aktywizmem – „jestem sXe, jestem sportowcem”, a więc to są moje troski doczesne, coś innego niż impreza i melanż, ale jednak ludzkiego! Z pewnością zdrowszego, ale przez obżarstwo rozumiane szerzej – również mogę się w tym utopić! Przepaść gdzieś na siłce…

Czuwajcie więc i módlcie się w każdym czasie, abyście mogli uniknąć tego wszystkiego, co ma przyjść, i stanąć przed Synem Człowieczym. Dobrze, że żyjemy zdrowo, ale Jezus (wyraźnie) uczy, by fanatyzm nie przysłonił nam Jego! Nie mogłeś iść dziś za Nim, bo? No właśnie – „bo”, bo musieliśmy czymś się obeżreć, czymś innym, co nas na co dzień „żywi”. Tak odczytuję dzisiejszą Ewangelię.

Cofnijmy się jeszcze do wczoraj, bo sprawy są powiązane. Nie mamy całkowicie rezygnować ze swojego środowiska…

Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi – ten fragment (Mt 4,18-22) to chyba jeden z popularniejszych fragmentów Ewangelii (ostatnio była czytana 30.11). Utożsamia się z nim każdy Boży aktywista, czy to kapłan, czy inna osoba służąca Bogu w swoim środowisku, do którego została powołana.

Służy swoim talentem, którego nie ma porzucać, ale ma się nim niejako posługiwać dla głoszenia prawdy o Jezusie Chrystusie. To naturalne, że skoro wierzę i żyję wiarą, korzystam z sakramentów, chodzę do kościoła i modlę się, będzie to widoczne w moim życiu. W moim pisaniu, na „Drodze Legionisty” – nie może być inaczej, bo byłoby to nieuczciwe (a chciałbyś pewnie, bym nadal pisał o dupeczkach w legginsach i skakaniu po głowach).

Jak trenuję dzieciaki to podczas obozu sportowego idę z nimi do kościoła, na sali wisi krzyż. Tylko i aż tyle. Mam być świadectwem i łowić dla Syna Bożego, jak każdy z nas – po swojemu.

Jednemu jest „oddany” przez Boga cały tłumek (jak mi), a innemu z nas jednostka, którą możemy pomóc nawrócić, jeszcze innemu dusze czyśćcowe (np. moim ukochanym siostrom-mniszkom)! Nie każdy będzie hurra aktywistą, wielu łowi dla Jezusa w tak wielkim zaciszu serca, że nawet sami w swej skromności i pokorze o tym nie wiedzą… Oni pewnie będą pierwsi…, przed Growerem-krzykaczem.

Żeby to zrobić, zostać rybakiem ludzi, trzeba zostawić w pewnym sensie „własne ja”. Dalej ta Ewangelia mówi przecież: Oni natychmiast zostawili sieci i poszli za Nim. Natychmiast zostawili swoją robotę, bez żadnego „panie Jezu, ale może jeszcze dwie rybki złowię, potem je sprzedam i będzie kasiora, to przecież mądre i rozsądne!”, albo „nie no stary, takie są zasady, że nie mogę!”.

Przekładając to na nasze szare bloki… trzeba porzucić wiele zachowań, bo to co robimy często nie jest pójściem za Nim. On odsuwa te gałęzie, ale naszymi rękami – to musi być silna decyzja wolnej woli! I tego Wam życzę na tegoroczny Adwent: odwagi i przełamania!

To wszystko nie oznacza, że nagle rzucam trenowanie, pisanie, oglądanie meczów i staję się nowoczesnym ascetą… Ale… wszystko ma swoje priorytety.

Dobrego weekendu!

ŁG