7.01.19 Jak Maksymilian M. Kolbe i… niejaki Christophe D. z Francji.

Uff, „DL”24 „odhaczony”, więc można coś wreszcie napisać na (w miarę) luzie… Maksymilian M. Kolbe, jak przekonuje Tomasz P. Terlikowski w biografii polskiego świętego, podając głośne, przemilczane przez Franciszkanina wydarzenia dziejące się w ówczesnej Polsce, nie zajmował się w swojej działalności wydawniczej politycznymi sprawami bieżącymi. Ktoś kto naprawdę żyje modlitwą, ten chyba nie potrafi zwracać uwagi na politykę w takim wąskim, brudnym, czyli typowo ludzkim sensie („to jest gra dzieciaku!”, ble…), jeśli już – patrzy na tego typu doniesienia szerzej (Kolbe akurat zwalczał słowem masonerię, której działania dziś odczytujemy jako „szkodliwą moralnie aktywność lewaków w mediach i polityce”). Być może idąc za tym przykładem, a także wieloma innymi (Christophe D., mistrz Francji w kategorii ciężkiej boksu także podszedł kilka dni temu do polityki po swojemu :-), niezbyt chce mi się komentować np. wejście A. Andruszkiewicza do rządu, na którym z początku stycznia skupiły się memy (ze wszystkich stron, to żałosne, że jakiś dewiant może być politykiem, czy tam członkiem reality show, a „narodowiec” nie – liberałowie bardzo się boją i od razu robią aferę jakby Auschwitz ponownie zaczął działać…). Andruszkiewicz? Tak to jest, że za wierność Systemowi (System nie musi oficjalnie pluć na godło i zabijać dzieci, ale zobaczcie ustawy, zobaczcie unie, do których „dumnie” należymy…) dostaje się nagrody, a za prawdziwy bunt ludzie mają wizyty w domu, nie zachowujmy się jakbyśmy się urodzili wczoraj… Bardziej interesują mnie Ci, którzy tego domu nie mają, a więc WPW (no dobra…, Christophe D. też dał radę na „żółtych kamizelkach” :-).


Christophe D.

Nie widziałem go przez jakiś rok, nagle pojawił się na tych samych ławkach, co zwykle. W Sylwestra było ciepło, ale styczeń jest dość mroźny. Przyniosłem dwie kawy – dla siebie i dla niego. Ja jego imię pamiętam, on moje myli. Mówię: 1:0, zaimponowało mu…

Oczywiście „ma prośbę”, jak to bezdomny… Nie prosi o pieniądze, ale o jakieś spodnie, bo musi iść do kościoła znaleźć ludzi, którzy mu mogą pomóc, a śpi w TOI TOIu, pokazuje na uwalone dżinsy.

Gdzie byłeś jak cię nie widziałem? Był u jakichś księży w Koszalinie, bo go tam dobrzy ludzie (których teraz rzekomo chce odnaleźć) wywieźli zeszłej zimy, pomagał im w gospodarstwie, przy świniach (opowiadał przy tej kawie co on tam robił, jak pracował, nic nie rozumiałem), ale… przyjeżdżali jacyś faceci z innych miejscowości i szukali awantur, dlatego tu wrócił. Nie potrafił rozjaśnić tej dziwnej historyjki, powodu powrotu na zimną ulicę, więc podejrzewam, że to farmazon…

Strzelam: faktycznie egzystował gdzieś przez kilka miesięcy, ale jak było za normalnie, to zaczął się nudzić niczym Dawid Jańczyk w kolejnym klubie i mógł coś odwalić, lub co najprawdopodobniejsze, po prostu zacząć pić, więc księża powiedzieli mu pa, pa. Kiedyś już mnie okłamał, więc nie mam wyrzutów sumienia przed podejrzliwością, tym bardziej, gdy historyjka nie trzyma się kupy. W gospodarstwie u księży ktoś awantur (z nim, niby czemu? To bezbronny dziadziuś, nie typ chuligana) szukał i księża nie poradzili sobie na tyle, że gościu musiał wrócić na mróz i spać w kiblu? Sorry, ISIS tu po wsiach jeszcze nie szaleje… Zasugerowałem mu, że ma odszukać tych ludzi, którzy wywieźli go do Koszalina i spróbować jeszcze raz. On wie, w którym ci ludzie są kościele i jak tylko dostarczę mu czyste ubranie, pójdzie do nich.

Dostarczę, tyle mogę zrobić prócz ciepłej kawy… Swoją drogą, polecam Wam czasem z nimi z uszanowankiem pogadać, gadają różne rzeczy, ale traktujcie ich jak ludzi… Czasem w postawieniu kroku na przód przeszkadza im coś dla nas bardzo łatwego, ale ludzie ich nie widzą, albo gadają jak z kosmitami. Zapamiętaj jego imię, to przywraca im na sekundę godność, czują się ludźmi, otwierają się, choć oczywiście kłamią – wszak są chorzy i działają na instynkcie przetrwania, wybaczcie im na starcie…

A propos księży, jak już tu sobie piszemy…

Styczeń jest specyficznym okresem, kiedy księża krążą po osiedlach. Jednym ze „stanów umysłu” antykościelnego cwaniaczka, którego nie lubię, jest odmówić księdzu wizyty duszpasterskiej, wejścia z tzw. „kolędą”, a potem gadać wszem i wobec, że „te grube darmozjady nawet nie wiedzą jak ludzie żyją i jakie mają problemy!”. Dałem po piątaku ministrantom, życząc im powodzenia, starszy z nich powiedział, że będzie potrzebne… Ksiądz rozdawał kartki z numerem telefonu, pod który dzwonić w razie problemów – w rodzinie, ze sobą, nie że tylko, ziewając, pytał „czy wszystko dobrze?” i poszedł bez niczego… Starają się! Różnie to z kapłanami bywa na różnych parafiach, ale naprawdę musimy tyle lewackich (św. Kolbe by powiedział: masońskich) stereotypów powielać…? Prawie każda parafia robi akcje charytatywne, wiele z nich to brudne akcje bezpośrednie!

Inny bezdomny, zagadałem go pod marketem, gdy żebrał z piwem w ręku…

Mówię, że nie dam mu kasy, bo nie przybiję mu tą kasą gwoździa do trumny (wskazałem na jego browar), on się zaciął, a potem mnie dogonił, czy mu kupię coś do jedzenia (jak nie tamto, to chociaż coś innego, nygusy… jakby nie patrzeć). Nie byłem zbyt chętny, przez tego browara, ale jako początek przyszłej rozmowy nie było to złe rozwiązanie. Wyszedłem z zakupów, dałem mu słoik gołąbków, wedle życzenia, pytam o rodzinę, czy ma kogoś kto może pomóc. Był ostatnio u synów, ale go nie wpuścili. Pytam, czy był trzeźwy, on że nie – „najebany!” do tego z głupim uśmieszkiem, wyjątkowo bezczelny i irytujący przypadek, przeciwieństwo tego, któremu właśnie szykuję spodnie. Odpowiadam: no to dziwisz się, że cię nie wpuścili jak w nocy nawalony przylazłeś? Spróbuj kiedyś iść trzeźwy na terapię, a potem do nich o normalnej porze, czysty z informacją, że chcesz się zmienić i czy ci pomogą. Gościu patrzy na mnie podejrzliwie i wyjeżdża z czymś czego się jednak nie spodziewałem…: aaa…, kojarzę…, znam tą bajerę ziomuś! – i świeci w uśmiechu co drugim szczątkiem zęba…

Że co, kurwa?!… 

ŁG

PS: Wchodzę do pokoju hotelowego, w którym będą dzisiaj spały dzieciaki… Jestem z podopiecznymi na drugiej stronie Polski, przed turniejem. Ostatnio w pięciu (w tym tylko jeden chłopak :-) kimali na jednym wyrze, bekę kręcą do 2 w nocy, pojawiają się wśród nich pierwsze pary. Widzę w nich cień swojej wczesnej młodości (tyle, że był to stary namiot wojskowy, albo szkoła podstawowa z łóżkami polowymi zamiast hoteliku), ale nie zaczynam im nawet nucić sentymentalnych kawałków z tamtych czasów, bo do końca nie skumają, nie wiedzą jeszcze, co to „magia minionych dni” i lustro, którym są, a w którym się przeglądam, tyle że im grają inne nuty pod teraźniejsze czasy. Czuję radość i żal, na zmianę, ale głównie radość, że przyczyniam się do sensownego przeżywania młodości przez jakieś młode istoty… Zresztą nie bez Waszej ZNACZNEJ pomocy… Póki co na obozy dla dwóch biedniejszych dziewczynek zebrałem 670 zł! Dzięki dla tych, którzy IM to darowali! Pamiętajcie o tej akcji, bo to dopiero/aż 1/5 podstawy! WPW!