9.01.19 Wszystko bywa grą… Przede wszystkim z czasem.

Wszystko bywa grą. Szczęście człowieka „nowej Europy” jest grane przed lustrem. Szczęście, którego szuka w ciągle nowych, egzotycznych rejonach, lecz w pewnym wieku ma już pewne wrażenie tkwiące głęboko w tyle czaszki, że to – np. modna akurat joga – tylko jeden z kolejnych rejonów, który prędzej, czy później zawiedzie go i machnie na niego ręką mówiąc, że i tak czeka tylko na nieuchronną śmierć, próbując umilić sobie pierwsze zmarszczki i wypalenie, a przede wszystkim problemy w zdobyciu hajsu na konsumpcję. Powie: pora się napić… „Reinkarnacja jest, czy jej nie ma?” – pada pytanie przy latte. Kogo to tak naprawdę obchodzi z tych hipsterów, i tak chodzi im tylko o ten moment przejścia, właściwie o jak najweselsze przejście przez świadomość kruchości ludzkiego ciała, o nadzieję… O robienie czegoś modnego. W taki sposób nie można być zawsze szczęśliwym. Ale tak naprawdę… w żaden nie można.

Szczęście, udawane przez co drugą (?) samorealizującą się kobietę, przesuwającą późnym wieczorem, przy drinku po korpo, palcem po smartfonie (pewnie szpera po AliExpress w poszukiwaniu piętnastej pary butów), przy włączonej wielkiej plazmie umiejscowionej dwa metry od jej pochylonej głowy.

W telewizji też wyświetlane sztuczne szczęście. Prócz reaktywacji „Big Brothera” są nowe pomysły! Jakaś banda ludzi siedzi na kanapie i w telewizorze ocenia to, co…, o kurwa!, leci u nich w telewizorze. Para koksów, para pedałów, para, sam nie wiem, typowej polskiej rodziny, czy jak mam rozumieć ten durny przekaz? Pilot, brzuch, narzekanie na wszystko i komentowanie, kto lepiej ten jest gwiazdą we własnym, o kurwa!, dużym pokoju…

Kupiłem sobie psy, aby chociaż dwie mordy w domu były prawdziwie szczęśliwe, przynajmniej przez większą część dnia. Głaszczę skurczybyków i myślę. Kto prędzej kopnie w kalendarz, ja czy żona? Jeśli ona to kto będzie ogarniał biurokrację naszej wspólnej firmy? Życie i jego przyziemne sprawy, lęki. Te codzienne myśli przerywa przypomnienie, że mam poćwiczyć. Jebać! Nie robię tego! Przegrzałem się ostatnio, przygotowania do turnieju wykończyły mnie psychicznie. Odpoczynek, trochę kalorii. Coś głupiego…

Siedziałem na trybunach wielkiej hali (zawody na jakieś 600 osób, oczywiście wszystkich kategorii wagowych i wiekowych) i tak jak nigdy czułem w sobie pytania: co ja tu, kurwa, robię? Ile jeszcze? Znowu przyjechałem się pobić z młodszymi o 10 lat zawodnikami żeby coś sobie i innym udowodnić, żeby w razie czego być Polyaną, a nie jej ofiarą… Przejście od tego, że trzeba grać w tą grę do tego, że może jednak niekoniecznie jest zarówno radosne jak i smutne… Wiek Chrystusowy, wydałem w sumie duży hajs żeby znowu nałożyć na pięści te przepocone rękawice i dostać w ryj, a generalnie nikogo to nie obchodzi. Wracam pociągiem, stoję na białym peronie z medalem. Mam go! No i…? Czy jestem przez to lepszym człowiekiem? Czy pomoże mi to w patrzeniu w lustro? Myślę, że nie powinno… Wydoroślałem?

Kiedyś dworce były brudne, pełne wszelkich możliwych przygód, dzisiaj to kolejne hipermarkety, a bezdomni przenieśli się na pustostany i do plastykowych kibli. Wszystko błyszczy – nawet kiedy napierdalanka błyszczy, jak w UFC, to celebrytki ustawią przed gladiatorami i ich legalną klatką swoje silikonowe cycki… Kwestia sprzedaży produktu, jedne walenie łokciami przynosi hajs, inne jest kibolskie, antySystemowe (#Christophe), więc „be”. Dzisiaj jesteś gwiazdą, jutro wyrzutkiem społecznym…


Wszystko bywa grą…nerwów…

Wszystko bywa grą… Gra zajmuje nasz czas, naszą uwagę. Grą w piłkę, hokeja, kosza, grą na pięści (#Polyana_Viana) i kopy… Tak – w hokeja też – słyszeliście o meczach Sosnowca z Cracovią w latach dziewięćdziesiątych? No, to cicho tam… Chodzi o to, że kiedyś piłka, hokej były bardziej brudne, bo całe lata dziewięćdziesiąte były bardziej brudne! Bycie na osiedlu, bycie na trybunie to było coś, to coś w Polsce znaczyło, dziś znaczy w wielu miejscach tyle, że załatwiasz komuś interes. Płacisz za bilety, pamiątki, narkotyki, ubrania, za jego mecze i tak dalej. RozGRYwają nas…

Czy jednak naprawdę chodzi o niewątpliwe zmiany mające miejsce na świecie obok nas, czy to głównie my sami się zmieniamy i coraz mniej potrafi nas zaskoczyć, a więc i cieszyć, bo jak wiadomo największe endorfiny przynoszą nowości…? Po trzydziestce jest coś nowego?

Bieżące emocje są ratunkiem. Piłka dalej w grze, a my na trybunie… W Legii trwa mały zaciąg portugalski (Salvador Agra oraz Luís Rocha – ten drugi od Lecha Rocha Pawlaka?), aczkolwiek „Portugalczyk jest tylko jeden” i czekamy na niego, aż znudzi mu się gra dla jakiegoś tam Juventusu, pozbiera swoje dzieciątka od surogatek („mamo” powiedzą do Cristiano?) i przybędzie do ciemnogrodu. Na 26 osobową kadrę na pierwszy obóz (w Portugalii, oczywiście) jest tylko 9 Polaków… w tym trzech młodych z trzecioligowych rezerw. Trudno się utożsamiać z tymi nazwiskami, ale obserwowanie ligi i tak jest ciekawsze niż komentowanie w telewizorze tego, co leci w telewizorze…

A zatem… kolejny rok czas zacząć na dobre. Zagrać w grę z czasem.

ŁG

PS: Wyszedł nowy „Black Mirror”, ale w formie interaktywnego filmu „Bandersnatch” (Netflix, 2018). Byłem pewien, że napiszę osobną recenzję, ale szczerze mówiąc film jakoś mnie nie porwał i nie zainspirował. Półtorej godziny podsuwania nam pytania czy mamy kontrolę nad swoimi decyzjami (niby tak, a jednak nie… wszystko jest grą?), ale forma tym razem szczerze mówiąc dla mnie nieciekawa. Czekam na kolejny sezon tasiemca… Głaszcząc psy po mordach…