12.01.19 Mistreat – „Heartless Bastards” (RACOi!, Finlandia, 2018).

Obrodziło ostatnio w powroty niegdysiejszych tuzów sceny RAC. Ubiegły rok przyniósł nam nowe krążki Fortress i Mistreat, z tym, że Finowie już wcześniej zdążyli sporo pograć na żywo (można ich było nawet zobaczyć w naszym kraju). Tak czy inaczej, po 13tu latach od wydania ostatniego długograja i jednocześnie w 30tą rocznicę powstania zespołu, światło dzienne ujrzał „Heartless Bastards”. Zastanawiałem się, czy Muke po takiej przerwie stanie na wysokości zadania i znajdę na tym albumie choćby jeden utwór dorównujący takim hitom jak „These Days”, czy „Finland Skinhead”, ale kiedy z głośników poleciały pierwsze dźwięki otwierającego ten krążek „Born without a Spine”, wiedziałem, że będzie dobrze.

Okładka

Ta muzyka broni się dziś, tak samo jak kiedyś – pomysłowością, dużym ładunkiem energii i łączeniem różnych stylów. Właśnie ten swoisty mariaż rocka, Oi! i rock’n’rolla, a nawet inspiracja SKA (ja takie motywy słyszę w „Skinheads will never die”) powoduje, że Mistreat chętnie jest słuchany przez ludzi niekoniecznie związanych ze sceną RAC, stroniących od polityki, pomimo niepoprawnych politycznie i często politycznych właśnie, tekstów.

Wszystkie utwory zaśpiewane są po angielsku, a liryki poruszają różne tematy – od krytyki otaczającej nas rzeczywistości, ignorancji społeczeństwa i opresyjności systemu, przez antykomunistyczny historycyzm, aż po subkulturowe sentymenty.

Muke wciąż daje radę, jego głos nie zestarzał się ani trochę i świetnie wpasowuje się w ten rockowy melodyjny klimat. Wszystkie utwory trzymają wysoki poziom, ale mi najbardziej przypadły do gustu „Final O.D.” i „Released on Bail”.

Album wyszedł w trzech wersjach na vinylu i dwóch na CD, więc na bogato. Ja dorwałem niemiecką wersję w digipacku wydaną przez PC Records, która oprócz książeczki z tekstami zawiera kilka zdjęć zespołu. Okładka i ogólnie szata graficzna trzymają poziom, ale nie jest to coś czym bym się zachwycał.

Warto jeszcze nadmienić, że wydana przez Midgard Records wersja „Heartless Bastards” różni się od tej z PC ilością utworów (13-10) oraz brakiem na „szwedzkim krążku” kawałka „Working Class Hero” i rekompensatą w postaci czterech innych piosenek.

Myślę, że „Bezduszni Dranie” to zaskakująco udany powrót skandynawskich weteranów, nie ma tu odcinania kuponów z dorobku z minionych lat, jest za to potwierdzenie wysokiej pozycji na scenie nacjonalistycznego rocka. Te nieco ponad pół godziny poświęcone na odsłuchanie mija bardzo szybko i chciałoby się więcej. Naprawdę świetna płyta i każdy lubiący takie klimaty musi to mieć!

Antyanarcho