13.01.19 Mówisz Kreta – myślisz OFI, mówisz… i tak dalej…

Krótki sezon ogórkowy w Polsce ciągnie się niczym sprawa Wisły… Minęła sobota, wieczór był chujnia mrok ziąb zima sukin kot choć suchy, jak mówił Alex z „Mechanicznej Pomarańczy”. Nachodzą mnie wspomnienia… Siedziałem wtedy z ziomkami już któryś wieczór pod rząd, piłem browary mieszane z wódką i oglądaliśmy klasyki podziemnych hate-VHS przegranych na DVD. Jak mi się, kurwa, nie chciało! Piwo nie wchodziło, nic nie wchodziło. – Ależ to jest piękny koncert! – komentował jeden z wpatrzonych w skaczący ekran kumpli, słuchając RAC z lat 90tych. – Włącz mecz – rzuciłem znudzony, bo leciały jakieś MŚ, ale nie każdy z moich znajomych, starych skinów, pokochał prócz glanów również futbol. Wykrzywili twarze. Lubię ich, ale nie rozumiem. Piękna jest subkultura szalikowa! Patrzysz przed siebie na sektorze, na ogrodzeniu siedzą fanatycy w klubowych kominiarkach, a dym z pirotechniki unosi się w kierunku pięknego nieba. Ulica przeniesiona na wielkie areny, połączenie idealne! Piątka po bramce przybita przez zawodnika zarabiającego dziesiątki tysięcy chłopaczkowi, który ledwo co wyżebrał na bilet. Co my byśmy robili bez naszych klubów? Czy odkrylibyśmy gdzieś takie połączenie szlachetnego chuligaństwa (w imię czegoś), sztuki i sportu? Pewnie nie i skazani bylibyśmy na jakieś szczątki, ochłapy klimatów osiedlowych, innych subkultur. Można przez chwilę skupić się na jednym, ale trzeba się zmienić, by pozostać sobą – przecież pewne rzeczy się nudzą! Nie chce mi się już pić, tym bardziej kiedy brakuje nowych zajawek, jak stare dziady, ciągle stare sentymenty.

Do trybun dobierają się łapska nowoczesności. Jeszcze w okolicach 2000 roku mniej więcej wiedziało się kto obok ciebie stoi… nie, że go znałeś, ale najprawdopodobniej był to jakiś koleś spędzający czas na osiedlu, robiąc to i owo, który ma radykalne poglądy na życie, jak większość sektora. W dzisiejszych masowych młynach nie do końca jest takie przekonanie, zastanawiacie się czasem ilu sąsiadów z krzesełka faktycznie podziela Wasz światopogląd? Jesteś pewien, co za gość ma szal Twojej dzielnicy? Każdy się spieszy do swoich spraw, nie na podwórko…

A może on nigdy na dwór nie wyszedł bez mamy? Gdy żyjesz na podwórku zawsze nabędziesz jakieś umiejętności. To coś ukradniesz z kolegami żeby mieć na ruchy, to bijesz się w sprawie dziewczyny, to stoisz na czatach, bo starszy kumpel piłuje kłódkę żeby się przespać w opuszczonej kanciapie po ucieczce z domu… No niestety.

Awantury były nawet na meczach domowych, więc jak jakiś przypadkowy laluś by się zaplątał to miałby dwie szansy: albo by mu się spodobało z deską w ręku żegnać się z kulturą („o kurde, to Commodore 64 nie jest najlepszą rozrywką?!”), albo, by po prostu na stadion nie wrócił. Osiedle, stadion rodziły doświadczenie.  

Sztuka!

Rodziły też brudne obrazy, które do dziś nosimy w sobie, to pewnie dlatego się wraca na mecz – nawet po przerwie. Nie wierzymy w idealny świat z „Panamy’2019”. Jesteśmy ludźmi o brudnych sercach, ale mam nadzieję, że Bóg Chroni Fanatyków. Mam nadzieję, że jest w slumsach Rio de Janeiro, że jest na naszych sektorach, bo wszyscy jesteśmy Jego dziećmi. Wierzę, że On wie, że wiele w tym świecie nie wyszło, jesteśmy zagubieni jak we mgle ze świecy dymnej i po prostu chcemy żyć mocniej, bo tak nas wychowała okolica. Zawsze można próbować być dobrym wewnątrz tego!

Tak nas wychowała dzielnica katolickiego kraju, a Jego głos, gdy mieliśmy po te 12 lat miał małe szanse wygrać w niespokojnych duszach żądnych przygód. „Chodź tu”… kiwała zachęcająco paluszkiem koleżanka, mając na myśli ciemny zaułek… „Chodź” – przyszło pod drzwi dziesięciu kumpli z piłką, potem z farbą, potem z wódką, czasem z kijami za pazuchą… „Chodź tu” – to było mocne, głośne, zewnętrzne wołanie, potem przerodziło się w wewnętrzne, gdy byłem sam i nie mogłem już usiedzieć w miejscu bez emocji. Ruszałem w miasto, a gdy nie starczyło doby, wspierałem się białym proszkiem. Nie było czasu spać, światła miasta, światła stadionowych jupiterów działały niczym płachta na byka…

Boga udało się usłyszeć dopiero po pierwszych większych zawodach życiowych, niepowodzeniach, że to jednak nie jest takie proste i oczywiste, kiedy zmuszony byłem wreszcie usiąść, zastanowić się, co się do cholery stało i czemu… Ze mną, z kobietą, z kumplami, z hasłami na flagach… Z tym państwem, z policją… Z tym klimatem, z futbolem, ze szlachetnymi ideami, w które naiwnie wierzyłem… Dziś to mi już nie wystarcza, tak jak kiedyś sama muzyka. Nie ma prawdziwej pokory bez upokorzenia – jak mówił Franciszek. Mecze jednak oglądam dalej…

Kibicem jesteś na zawsze i na zawsze masz skojarzenia wynikające z własnych życiowych doświadczeń. Moja kuzynka była na podróży poślubnej na Krecie i opowiada – zawieszam się kiwając głową, mnie to nie interesuje, bo gdy słyszę Kreta mam na myśli tylko OFI (niżej z tego sezonu Super League na zdjęciu, ładne, prawda? Oby się utrzymali chłopaki…).

OFI ultras

Gdy słyszę nazwę jakiekolwiek państwa, czy miasta to po pierwsze myślę o ich ultras – czy byłoby gdzie tam uciec od nudy na mecz, to takie zboczenie (architektura, świątynie to dopiero drugie skojarzenie…). Warto pozostać kibicem, nawet nie ma wyboru… Ale gdzie nas zaprowadzi świadomość? Tu już ścieżek są dziesiątki…

Kupiłem sobie bilecik na samolot do Grecji, bardzo, bardzo tani (taniej wyjdzie trasa pociągiem po Polsce w dwie strony!), gdzie zobaczę meczyki gigantów greckiej sceny ultra! Wreszcie, póki spontaniczny ruch ultras nie wyginął nawet tam! Jeśli wszystko się uda i dotrzemy – z innym Legionistą-turystą – na kilka spotkań, być może wydam specjalny numer „DL” na papierze dotyczący greckiej eskapady-tripu. Zależy czy będzie o czym go wydać, ale czarno-biały fanzine ze szlajania się po slumsach Europy mógłby Wam przypaść do gustu… Piszcie na maila drogalegionisty@gmail.com, czy chcecie takie coś, a tymczasem…

Wysyłki „Drogi Legionisty” nr 24 (zima 2019) powinny zacząć się w środę, przepraszam, ale to drukarnie lubią działać jak Real Madryt w tym sezonie…

ŁG

PS: „Berlińskie psy” („Dogs of Berlin”) to niemiecki serial Netflixa, który ludzie (w tym z naszych klimatów) polecają sobie jako hardcorowy, mroczny. W skrócie: pies Turek-pedał, który nakazuje białemu Niemcowi sprzątać kupy po psie, bo „w domu się nie sra” (i wiele innej propagandy, że kolorowi traktują super „swój” kraj, a rodowici mają wypaczone podejście…), komisarz policji-lesbijka z „żoną” (ich dom otwiera dziecko i na pytanie o mamę podpytuje z zażenowaniem „ale którą?”, jak gdyby to było normalne, że są dwie…), a poza tym matka-Niemka-dziwka pracująca na seks telefonie, stereotypowi nazi-skinheadzi, turecka mafia… To wszystko poza wątkiem głównym, którym jest śmierć tureckiego piłkarza reprezentacji… Niemiec, oczywiście. Serial „Berlińskie psy” pokazuje tak wielki syf, że nawet osobie z ulicy może się to wydać niesmaczne. Przynajmniej powinno, a niektórzy jakby mieli już tak obojętne oczy, że nie obchodzi ich, co oglądają. Brzydota! Każdy kto jest z osiedla ten wie ile z takich „Ślepnąc od świateł” może być prawdą, ale każdy kto jest także od Jezusa ten wie, że zawsze jest nadzieja i zawsze jest ucieczka! Przede wszystkim wie, co ładne… nawet jeśli niegrzeczne! Zawsze jest dobro i pozytyw, które wcale nie ma twarzy pedała i lesbijki. Męczą strasznie te współczesne zachodnie produkcje. Film familijny „Patryk” (2018) o mopsie i „kobieta-ksiądz”, jak to w Wielkiej Brytanii, udziela sakramentu… Ble.

Kościół, oprawy meczowe… to chociaż jest estetyczne!