24.01.19 Świadectwo’2019. „Nigdy nie poddawaj się presji z zewnątrz”!

Zaczęło się w okolicach 2012 roku… To już 7 lat nawracania (ten proces ciągle trwa…), bo moje życie w tym okresie trudno uznać za święte… Nie ma zatem jakiegoś „punktu X”, po którym wszystko byłoby radykalnie inne, jednej daty. Odsuwana jest gałąź po gałęzi, tak że patrząc dziś na siebie sprzed ok. 7 lat, widzę zupełnie innego człowieka, aczkolwiek z tymi samymi predyspozycjami (wtedy wykorzystywałem je przeciwko Bogu, nawet o tym nie wiedząc…)! Obecnie znalazłbym w swoich tekstach z tamtego okresu dużo niewiedzy, a za 7 lat mogę spojrzeć skrzywiony na w tym momencie pisane świadectwo’2019. Droga jest nieskończona, nie ma co się przejmować… Bóg widzi, Bóg wie. 2012…, idę do pierwszej od wielu lat (od czasów dziecka z podstawówki) spowiedzi. Zaczęło się od muzyki, jak wiele w moim życiu.

Pewnie kilka lat temu widziałem jeszcze inne czynniki, ale dziś – w 2019 roku – pamiętam głównie inspirację muzyką, powiew Ducha w niej. Bóg przemówił do mnie przez to, co kocham – przez twórczość, przez muzykę, książkę, a dziś także obraz (głównie ikony). Tu Go po raz pierwszy prawdziwie spotkałem, tu spotykam Go do dziś.

Jaka to była płyta? Medium – „Graal”, a także muzyka… chóru kościelnego, który podsłuchałem tzw. przypadkiem, odbierając ówczesną dziewczynę z pracy, która furtkę miała tuż obok otwartych drzwi świątyni (czekałem na nią już kilkanaście minut i wszedłem do środka za głosem przerywającego nudę śpiewu… mieli próbę). Jaka książka? Trafiająca wtedy w mój gust mieszanka polityki i metafizyki, a więc „Ojciec Eliasz. Czas Apokalipsy” (Michael D. O’Brien, 1996).

Te trzy dzieła zrobione przez ludzi niemal równocześnie zaatakowały moje serce, w którym nie działo się wtedy nic szczególnie istotnego, oprócz nieświadomego (!) popadania w pustkę i rozpustę. Nie było zatem żadnych gromów, upadków, wydarzeń, które wywołały natychmiastowy nawrót, jednej minuty i jednego dnia (takich świadectw jest pełno, moje do nich nie należy). Nie wiedziałem, co to grzech, a raczej – zapomniałem!

Miałem potem dziewczynę, z którą zacząłem chodzić do tego kościoła, w którym był ten pięknie śpiewający chór (zresztą bywam tam na mszach do dzisiaj), ale jeszcze niewiele z tego rozumiałem, to były początki, szczątki wiary. Potrafiłem jednej niedzieli być na mszy, a drugiej okradać każdą stację benzynową na powrocie z wyjazdu Legii. Hipokryzja, która powoli została wyparta coraz większą wiedzą i przede wszystkim… miłością do Jezusa.

Po prostu nagle zakochałem się w Bogu, głównie to daje mi moc do działania, do radykalnych zmian… Pewnego dnia, nie zapisałem daty, stwierdziłem, że chyba zostałem katolikiem, ale sporo jeszcze muszę się dowiedzieć (bywam radykalnie racjonalny, a to – jak dziś stwierdzam – głupie i wcale nie… racjonalne).    Medium, czyli Tau przed zmianą ksywki, pisał „Graala” podczas podobnej historii, co moja. Podczas wewnętrznego chaosu. Zaczynał wierzyć w Boga, ale jeszcze Go nie znał, a zatem na przemian ze słowami mądrymi, z Ducha, który konkretnie się za niego brał, wypowiadał słowa starego człowieka – jeszcze nie pogrzebał samego siebie. Dlatego tak utożsamiam się z twórczością Tau, który de facto jest ZUPEŁNIE innym facetem niż ja…

Sam przyznał, że pisząc „Graala” jarał jeszcze blanty („okradałem stacje” – wpisz cokolwiek…), nie kumał jeszcze na czym polega bycie chrześcijaninem. Tak jest z każdym, to jest droga – potem była „Egzegeza. Księga słów” i „głupkowata” radość z ciągłego odkrywania dobroci Boga. Euforia podobna do pierwszego zakochania. Piękny czas, pełen ciarek, ale też za ich sprawą… niezbyt mądry! Za dużo emocji to zawsze zatarcie patrzenia i myślenia, dlatego Pan po czasie nieco puszcza tą rękę, dopuszcza smutek… Masz dojrzewać w miłości (podobnie jest w małżeństwie, bo przecież jesteśmy podobni do Boga), która po czasie jest decyzją, a nie samym uczuciem!

Od 2014 roku jest już „Tau”, kolejne płyty, a na nich droga podobna do każdego nawracającego się UCZCIWIE twórcy, a nawet człowieka!

Prócz muzyki rap zacząłem słuchać innej muzyki, m.in. chorałów gregoriańskich. Książki również zamieniłem z jedynie „sensacyjnych” na takie opowiadające o Bogu różnym piórem, od świadectw, poprzez teologię, po wszystko inne, co pomoże mi zrozumieć. Na początku było Słowo.

Ale sztuka, żadna twórczość nie wystarczy, może być tylko narzędziem Boga! Modlitwa, jałmużna, post – nie tylko w Wielki Post, a przez cały rok. Post od tego co Cię odsuwa…, np. facebooka, seksu, nie tylko obżarstwa w rozumieniu dosłownym. Jałmużna, czyli zajęcie się pomocą drugiemu człowiekowi (np. akcję „Wracamy Po Was” znacie, raczkowała w tamtym okresie…), zmienienie stosunku np. do bezdomnych żuli, z nienawiści na współczucie. Modlitwa…, regularne korzystanie z sakramentów, różaniec, zwracanie się do Boga każdego poranka i wieczora (co oczyszcza myśli przychodzące nocą…).

To jest podstawa, a twórczość – od której się zaczęło – to de facto niedoskonały dodatek, tylko to! W międzyczasie miałem kilka mocnych doświadczeń, spowiedź generalną z całego życia przed mistykiem/Franciszkaninem, rozmowy z zakonnikami itd., tak – to na pewno mnie umocniło i oczyściło! Generalnie trzeba szukać w modlitwie, dopiero potem w aktywizmie, sztuce, a tym bardziej polityce. Przełomem jest nawiązanie osobistej relacji ze Stwórcą przy ciągłym spowiadaniu się (odsuwaniu gałęzi)! Po każdym upadku trzeba konsekwentnie podnosić się, upadek może być co tydzień, ale jeśli latami pracujesz uczciwie, z perspektywy lat zauważysz efekty, jak ja dzisiaj…

„Dowiadywałem się” z czasem… Dowiedziałem się, że nigdy (za życia) nie nastanie pełnia szczęścia oraz nigdy nie miną ataki złych nastrojów, bo jesteśmy stale atakowani przez… złego, a do tego dochodzi ułomność naszego ciała, które – ile byśmy nad nim nie pracowali – nie jest ciałem boskim, a kruchym, które w proch się obróci. Dowiedziałem się o walce, która się toczy i która opisana jest w księdze Apokalipsy. Przedtem szukałem w różnych miejscach pełni szczęścia i spokoju, ale dowiedziałem się, że po grzechu pierworodnym jest ona po prostu niemożliwa do osiągnięcia (na stałe). Dowiedziałem się jednak, że mam wybór, wolną wolę i jeśli zwrócę się do Niego (do Tego, w którego wierzę), mogę odzyskać równowagę i czystość widzenia. Emocje są faktem, ale po nich pozostaje decyzja, która może uchronić ode złego. Dowiedziałem się, że nie muszę nikomu, a nawet sobie, niczego udowadniać, bo to nieważne jak nas widzą ludzie, a liczy się zdanie Boga… To ostatnie spowodowało dużą rewolucję w moim myśleniu. Uwolniło mnie.

Po drodze, a są to przecież lata, docierały do mnie tzw. dowody na istnienie Boga, bo po prostu otworzyłem na nie oczy i uszy. Widziałem na żywo wypędzanie złego ducha z opętanej osoby, czytałem o cudach eucharystycznych (m.in. Sokółka, Legnica…), czytałem wiele innych świadectw i podziwiałem odłożone po cudownych uzdrowieniach kule, m.in. na Jasnej Górze. To wszystko przy czytaniu całego Pisma Świętego (Nowy Testament czytam obecnie bodajże czwarty raz od deski do deski…, w Starym jestem gdzieś w okolicach trzysetnej strony + kilka dalszych ksiąg już czytałem) i zachwycanie się Słowem Życia stale od nowa, nie tylko naukami Chrystusa, ale także np. Listami św. Pawła. Poznałem wielu duchownych, wiele osób żyjących wiarą, które mijają się ze stereotypami funkcjonującymi w społeczeństwie. Roraty, pielgrzymki, świątynie…

Wszystko zaczęło mi się układać, mimo iż problemy i nerwy się oczywiście pojawiają, ale… dowiedziałem się, że być muszą! Małżeństwo, praca, ogólny pokój ducha (zazwyczaj), chociaż mam porywczy temperament.

Czuję, że dzięki Bogu stanąłem na nogi i żyję sobie po prostu normalnie, a bez nawracania się nie sądzę bym był w stanie zbudować normalne życie (nie mylcie go z życiem leminga, miałem i mam „swoje ścieżki”, rytm, priorytety…). Jest dobrze. Nie dzięki twórczości, nie dzięki meczom, nie dzięki mnie samemu. Jest dobrze dzięki Dobrej Nowinie. Bóg istnieje i stał się człowiekiem, by nas zbawić! Życie jest czasem, w którym mamy wybrać, czy chcemy Tam z Nim być. Ja chcę…

Niektórzy mówią, że nie powinniśmy być częścią ostrej sceny

Czy uważasz, że to, co mówimy, jest dobre czy złe

To jest miejsce, do którego należymy

Nigdy nie poddawaj się presji z zewnątrz

Pozostać wiernym naszym przekonaniom

Po przetestowaniu i wypróbowaniu

Hardcore rodzina równości?

Nie wyświetla się wyżej lub mniej?

„nie ma znaczenia kim jesteś”

Chyba że to Chrystus, którego wyznaję

Wiem, że masz stereotypy

Wyryte w twoim mózgu

Odsuń je na bok, chociaż mamy różnice

Mamy tyle samo

Myślałem, że chodzi o hardcore

Stać w obronie tego, w co wierzysz

Myślałem, że chodzi o hardcore

Stać w obronie tego, w co wierzysz

ponieważ umarłbym dziś wieczorem dla moich wierzeń

Wyżej klip i tekst do „My Beliefs” na żywo No Innocent Victim z San Marcos (Kalifornia). Mój korespondent Tommy bardzo lubił album „Flesh And Blood”, będąc zaskoczonym jak można łączyć muzykę HC, filozofię SXE i wiarę w Jezusa Chrystusa. Jason Dunn z kapeli założył w 1997 swoją wytwórnię chrześcijańską specjalizującą się w wydawaniu zespołów HC, Metalcore itp. W jej składzie były dwie ciekawe grupy – xDisciplex i xLooking Forwardx określane mianem christian hc SXE. A no właśnie… można.

ŁG

(tekst – prócz wątku z kapelą HC – pojawił się w zinie papierowym „DL”24)

Okładka CD wspomnianej kapeli