3.02.19 Niedzielne zrzędzenie na grypie…

Udało się wstać. Nie tylko na grypie po 12 godzinnym, bolesnym, przerywanym śnie. Z dna nałogów dostałem się na swój prywatny szczyt, którym może być w tym wypadku zdrowy, wierzący człowiek z rodziną, który stworzył coś, co go utrzymuje. Z moralnego dna udało się wstać idąc za Chrystusem. Mimo to ciągle człowiekowi mało. To nasza ułomność, że chcemy być wyraźnie słyszalni, by coś wyraźnie nas pobudzało do życia. Dyktat emocji, żądza sławy, czy jednak potrzeba walki? Kiedyś, przed erą portali społecznościowych, niemal każdy głos był słyszalny. Teraz możesz sobie wydawać manifesty, nikogo to nie obchodzi. Frustraci nawet zabijają żeby zwrócić na siebie uwagę, ale tą uwagę mają jedynie przez kilka dni, bo potem i tak prawie każdy to olewa. Zbyt wiele mamy swoich spraw, zbyt wiele robimy na raz, by się oderwać, by coś zmienić. Przychodzi czas, by wydorośleć. Nie że zapomnieć o wszystkich sprawach… wydorośleć. Nie zgadzać się na zło wokół i ciągle walczyć, ale bez naiwnych oczekiwań. Tylko jak to zrobić skoro nie opuszcza nas wrażenie stale marnotrawionego czasu…

 

5:44. Budzę się sam z siebie. Z nerwów się budzę. Wczoraj położyłbym się całkiem na luzie, ale w okolicach 23:00 ktoś z roboty musiał napisać na grupie służbowej durny komentarz dotyczący „mojej działki” i ciśnienie skoczyło. Po cholerę patrzę w ten ekran? Gościu przeprosił i przyznał, że po pracy wyładowuje się w sieci i tak jakoś wyszło. Rany… duży chłop, mąż, ojciec, właściciel firmy „wyładowuje się w sieci”! Po chwili ganię sam siebie, że biorę to do siebie, że biorę cokolwiek do siebie po tak bogatych doświadczeniach w realnym życiu. To jest dopiero marnotrawienie czasu… ludzie piszą komentarze, paplają, hejtują…    

1 luty – „od nowego miesiąca zaczynam”. Zaczynam zdrowo jeść, wracam do treningu, wracam do gorliwej wiary, wracam do nieprzejmowania się pierdołami. A to przecież tylko daty, tylko kartka w kalendarzu i nasze marzenia – nie przestaniemy być upadającymi w postanowieniach ludźmi, bo tak chcą cyfry, liczby, przesądy. 1 stycznia, 1 luty… samo to nic nie da, potrzebne są inne cechy niż tylko postanowienie. Nic mnie tak nie dojeżdża jak codzienność – śpiewał Mes z Podsiadło. Data nie zmienia tej codzienności, nie wyeliminuje trudnych ludzi i sytuacji z naszego otoczenia. Zdenerwujesz się tak samo po Sylwestrze jak przed Wielkim Postem. Pokusy będą silne przed i po 1 marca.

2 lutego wstałem z grypą jelitową. I tyle z postanowień. Ledwo otwartym okiem oglądam wiadomości i kolejną sobotę Żółtych Kamizelek… Idę znów spać na godzinę… Jak ja mogę… jest tyle do zrobienia!

Chyba brakuje mi pokory. Przez nakręcanie się latami na walkę, walkę, walkę, organizm przyzwyczaił się do walki i ciągle chce machać szabelką. To zabójstwo dla zwykłego, spokojnego dnia, który jest antidotum na stresy tygodnia.

„Taki koleś i się przejmuje!”, „taki koleś, a takie rzeczy pisze!” – nie raz słyszałem w życiu zawodowym, czy też przy ocenie twórczości. Sorry, jaki koleś…? Czy oby na pewno mnie znacie, czy może podchodzicie stereotypowo, że kibic, że sporty walki to powinien nie mieć żadnych słabszych dni…? Myślę, że wszyscy czasem zmieniamy się w marudy (jak ta baba na miniaturce przy wstępie, zdziwiona tempem zmieniającego się świata…), lub mamy czułe punkty, w których nasza reakcja bywa nieadekwatna w oczach widzów.

Jestem rozłożony, czuję płuca, głowę, brzuch, bolą mnie plecy. Kurując się pod kołdrą obejrzę na Emocje TV mecz kosza Legia – Arka. No i fajnie… Chociaż oglądając to nie opuści mnie wrażenie, że może powinienem być gdzieś indziej, robić coś innego…

ŁG