20.02.19 Kopenhaga w Warszawie?

Nie będzie tak jak było, bo świat już nie ten sam. Miłość to nie miłość. Pamiętam jak byliśmy za naszą Legią w Kopenhadze. To był 2008 rok, a my byliśmy zdziwieni chodząc wczesnym rankiem po ich „starówce”, że odbywa się w ten sam weekend jakaś sportowa olimpiada… pedałów i innych dewiantów (pełno tęczowych flag, scena…). Dziś mamy rok 2019, a prezydent… Warszawy Rafał Trzaskowski podpisał „Kartę LGBT”, zobowiązującą stolicę Polski do szeregu inwestycji związanych z tęczowymi środowiskami. Jedną z nich mają być – uwaga – „specjalne zawody sportowe” (polecam „zawody imienia Palca Arboledy i kakaowego oka Smolarka” – pamiętacie…?). 11 lat i mogę mieć w ukochanej Warszawie „Kopenhagę”, na którą wtedy, chodząc z kumplami po Danii, wyzywałem i rzygałem na jej klimat, multikulturowość. Niestety, „wszystko, co na Zachodzie – idzie do nas” nie jest tylko pustym sloganem z Radia Maryja. Śmiejcie się, ale głównie wiara i ulica może nasz kraj uratować, bo politycy (nawet, heh, „chrześcijańscy”) to dziwki, które wytłumaczą sobie wszystko – byle się utrzymać.

Znany, nawrócony, skinhead oraz kibic londyńskiej Chelsea Joseph Pearce w swojej książce „Wyścig z diabłem” (2013, jest przetłumaczona na polski) pisał, że jego nacjonalistyczny zin „Bulldog” szedł nawet w ilości 700 egzemplarzy (w dniu meczowym) za czasów słynnych Headhunters, ale miał nabywców także m.in. wśród chuliganów… West Hamu, dziś kojarzonymi raczej z tym, że ich głównym chuliganem w ICF był kolorowy. Wiadomo, że tamte czasy to była przesada i czasy subkultury (często Adolfikowej), ale gdy widzę przed oczami „opcję kopenhadzką”, pojawia się nowa motywacja, by nadal edukować młodych, chociażby w ulicznym środowisku, by chociaż tu przypominać podstawy, co jest dla Polaka nie do przyjęcia! Tak jak w moim zinie klubowym, rozdawanym kilka lat temu pod Żyletą, gdzie swoje miejsce miał zwyczajny, polski nacjonalizm o zabarwieniu osiedlowym (a nie żaden niemiecki…). Mówcie prawdę tak jak potraficie i tam gdzie jesteście, gdzie możecie być widoczni…

Na meczu Legia – Cracovia, inaugurującym rundę wiosenną przy Łazienkowskiej, znów zawisła na samym środku Żylety mała flaga GNLS, znana głównie z czasów, kiedy bardzo prężnie rozwijał się ruch Autonomicznych Nacjonalistów w Warszawie. I niech ta myśl – Good Night Left Side – jest na zawsze w naszych sercach, by przekazać ją młodemu pokoleniu.

Tym bardziej w czasach tak obrzydliwie tęczowego prezydenta stolicy…

ŁG