20.02.19 Trud, walka i ich owoce…

Prowadzę dziennik duchowy (od 29 grudnia 2016) i często w ostatnich rozważaniach wokoło spowiedzi zapisywałem trudów wzrastania w relacjach z innymi ludźmi, a przecież… tak dużo dobrego się równolegle dzieje! Spowiedź. Czy spowiadając się co tydzień nie traktuję spowiedzi niepoważnie, czy może jest wręcz odwrotnie? Z drugiej strony przecież św. Ojciec Pio polecał nawet co tydzień się spowiadać, oczyszczać duszę. Współczesny bloger katolicki (Mikołaj) stwierdził niedawno na swoim kanale YouTube, że to zaburza powagę tego sakramentu, ale myślę, że się myli i to w miarę współczesny święty ma rację (a także np. św. Jan Paweł II). Może komuś takiemu jak Mikołaj (raczej spokojny chłopczyk z oazy) nie trzeba cotygodniowego „prysznica” (aczkolwiek jeśli JPII czuł taką potrzebę…?) – może i super, bo to dobrze o nim świadczy – ale nam, działającym w stresie wśród bluźniących grubo ludzi, pogubionym w swoim pokręconym życiorysie, „prysznic” się przydaje. Ja widzę dojrzałe owoce, a to chyba najlepsze podsumowanie tych rozważań! Spowiadam się regularnie ze złych poruszeń, ze skrawków starych zachowań, a przy tej okazji usłyszałem wiele KLUCZOWYCH rad od udzielających mi sakramentu kapłanów i wiem, że wiele takich jeszcze przede mną. Kluczowych, bo pomagających mi z czymś trudnym wygrywać, odsuwać kolejne gałęzie, uczepić się skutecznie jakiejś myśli, interpretacji Słowa. Jeszcze więcej jest tych spowiedzi bez „złotych rad”, ale de facto nie o nie tu chodzi, czasem chodzi o pokorę, o danie sobie czasu… Bóg wie o co… Osoby, które same uznały się za swojego „spowiednika” na wzór protestancki nie mają takiej szansy, tworzą „Boga” na swoje podobieństwo, a jeśli Ty tłumisz/tłumaczysz sobie błędnie delikatny głos Ducha, może ktoś inny wypowie Ci go na głos?

Wracając do początku tego tekstu, to dzieje się w kontekście częstej spowiedzi. Jakie dobre owoce miałem ostatnio w chaosie swej pracy z ludźmi?

Z jednym z rodziców zawodnika umówiłem się na wizytę w zakonie. Wśród innych rodziców, raczej ciężko bluźniących, udało się dać świadectwo, że jestem wierzący z „całym pakietem”, a nie po swojemu (Bóg tak, ale nie będę się „panu z szafy” spowiadał…, co za bzdura). Wśród dzieciaków nie chodzących na religię, albo śpiących na niej, także! Była odwaga i był przykład, tak przynajmniej myślę…

To oczywiste, że złemu to się nie podoba i podsyca moje natręctwa, efektem czego – czasem – w stresowych warunkach po prostu człowiek nie wytrzymuje i da upust nerwom (nie tłumaczę się, walczę z tym)…

Nie zniechęcaj się!    

A propos emocji.

„Nie angażuj się w zawodników emocjonalnie” – radził mi kiedyś stary trener, który mógłby być moim ojcem. Posłuchałem, ale nie udało mi się wprowadzić tego w życie, pokochałem trenerską miłością niektóre dzieciaki. „Nie podpalaj się” – mówią mi, ale to jak nie odpalić racy gotowej do użycia, po co ją chować, po co chować emocje skoro dużo pożytecznego się z nich rodzi? Tak, robię to też dla siebie, ale za jeden ze swoich celów uznałem po prostu ich szczęście i zajawkę, więc zależy mi i to rodzi różne nerwowe sytuacje, kłótnie (czytaj: emocje). Często mają to w dupie, ale skoro dorośli uczą się jeszcze na swoich błędach i rozumieją „po czasie”, to co jeszcze dzieciak? Ewangelia uczy mnie, by nie liczyć na nagrodę tutaj, bo niekoniecznie szczęśliwy kto ją już odebrał!    

ŁG