4.03.19 Sen na jawie…

Odmawiając różaniec podczas pokonywania jakiejś odległości z buta po mieście, czuję się trochę jak winowajca. Głęboko chowam go w kieszeni, a usta mówiące modlitwy za szczelnie zawiązanym szalikiem. Jeszcze ktoś zobaczy. Jak wyjąć i skasować bilet w tramwaju, gdy w tej samej kieszeni mam różaniec? Trzeba będzie go wyjąć! Przyznaję się do wiary w kontaktach z ludźmi…, ale tam – w tramwaju – nie będę miał szansy odpowiedzieć na mroczne myśli anonimowych pasażerów (czy takie jednak by były?). Atakują mnie absurdy. W „Roku 1984” Orwella pojawiły się m.in. „papierosy zwycięstwa”, dzisiaj mam wrażenie, że są – tyle, że nie egzekwowane przez władzę, a przez społeczeństwo „postępu” – „zachowania zwycięstwa” i z pewnością nie są to zachowania katolickie, a wręcz przeciwnie (my jesteśmy „nieprestiżowi”). Jestem szczęśliwy, a nie chcę być podświadomie traktowany jako gburowaty moher. Co ze mną zrobiła propaganda antykatolicka i pieprzony Netflix? Co zrobiły dzieciaki, które wyrzucają inne z szatni krzycząc „masz nieprestiżową kurtkę z Lidla, idź stąd!”. Co ja ze sobą zrobiłem…

Miałem sen na jawie…

Wylądowałem w psychiatryku. Z depresją. Żona mnie zaprowadziła.

Byłem skrajnie nieszczęśliwy z zaledwie kilku szalenie poważnych powodów: nie byłem na bieżąco z rozgrywkami piłkarskimi, spowiedzią świętą, książkami do przeczytania, rozpiską treningową, a komputer słabo działał i nie pozwalał mi się w pełni skupić na ogarnięciu tych pozostałych spraw.

Doba była za krótka, mimo iż wstawałem o słynnej w kraju 5:55 żeby mi jakiś typ nagadał jaki mam być pozytywnie nastawiony i przyciągać tym samym pozytywne myśli, pozytywnych ludzi oraz pozytywne wydarzenia. Zamiast sukcesu przyciągnąłem leki psychotropowe, chociaż sukcesem mogę nazwać to, że w końcu usiadłem na dupie – przypięty pasami.

Nie musiałem tak naprawdę nic, a przez te wszystkie natręctwa od otwarcia oczu do ich zamknięcia czułem, że jestem pod presją niczym więzień w obozie koncentracyjnym. Zwariowałem.

Rozmawiałem z psychiatrą, podchodził do mnie na spokojnie, chyba mój przypadek nie był zbyt hardcorowy. Zacząłem nakręcać się na uprawianie sportu, by zerwać z nałogami, otyłością i niespełnieniem (nie lubiłem tego kim jestem), a tymczasem sport i wszystko to, czym się zająłem, wypełniając dobę ambicjami, które latami narastały, stały się moimi nowymi nałogami. A nałogi niszczą i znowu nie lubię tego kim jestem.

– Ale chwileczkę – przerwałem doktorowi. Po drodze dowiedziałem się tylu rzeczy o człowieku i o świecie, nie wszystkie działy się tylko w moim wnętrzu i były urojeniami! Trzeba zdrowo się odżywiać! Trenować trzeba i dawać przykład leniwym grubasom! Lenistwo jest złe, nie? Przecież doktor spojrzy w górę – tam jest kosmos!

Wskazałem palcem za okno, ale psychiatra dalej tylko patrzył na mnie znad okularów, trzymając dłonie na skrzyżowanych nogach.

– No przecież to jest prawdziwe, to co mówię! – powtórzyłem z oczami jak pięciozłotówki.

– No tak panie Łukaszu, kosmos jest prawdziwy, lenistwo jest złe, ale spotykamy się tu po to, by pan się tak nimi nie przejmował w swoim życiu, a tym bardziej w otaczającym pana świecie. Nie pan pierwszy nie wie na sto procent, co się za tym kosmosem kryje, wszystkich MC Donaldów też pan nie zamknie. Niech pan sobie wyjdzie na słoneczko, wiosna idzie.

Na szczęście to był tylko sen na jawie…

Wyszedłem z psami (#ViolettaVillas) na wiosenny spacer…

ŁG