12.03.19 Fascynacja codziennością. Walczyć o nią jak Rocky.

Facet bez zastrzyku adrenaliny, beztroskich emocji po prostu usycha. Staje się zdziadziały, czy ma 18, czy 33 lata. Usycha także bez wartości i walki o nie. Futbolowa subkultura łączy w sobie sporty walki, bojowy patriotyzm i ostre stanięcie w obronie wartości naszej cywilizacji. Kibice wstawili się za wieloma sprawami, które przynoszą dumę nam wszystkim i każdemu z osobna, często przybywającymi na co dzień wśród lemingów w szkołach, czy w pracy. Nie chcę stale narzekać – są sprawy, które mnie cieszą! Cieszy mnie także, a może nawet przede wszystkim, zwykły, najzwyklejszy dzień meczowy, jak za małolata. Bez wielkich planów, bez wielkich zobowiązań (ale i z szacunkiem do pewnej grupy zobowiązanych…). Jako gościu w wieku chrystusowym po prostu cieszę się, gdy mogę odłożyć pęd dnia codziennego, te wszystkie zmartwienia i ambicje i udać się na mecz na żywo! Potrafię czasem odzyskać strzępy tej radości, kiedy za dzieciaka wychodziło się z domu z jednym celem (ta radość to też chyba częściowo z powodu tego braku zobowiązań…). Śledzę tabele, wkręcam się zarówno w mecz piłki jak i kosza. No właśnie. Pasja związana z samym klubem, ze sportem, ma także inne odsłony niż walka o tytuł piłkarzy nożnych…

Zobaczcie poniższe zdjęcie z meczu piłki ręcznej, w którym AEK Ateny podejmował rywali z Pireusu. Zobaczcie średnią wieku kolesi, którym chce się dopingować „na jakiejś tam ręcznej”. Kiedyś w swoim pisaniu zinów poświęcałem temu tematowi wiele czasu, zresztą gdy mieszkałem w Warszawie regularnie byłem na koszu, a mniej regularnie na innych sekcjach, a nawet na piłkarzach i koszykarkach bielańskiego Hutnika, z którym to klubem również sympatyzuję.

Dziś jak mi się uda też jadę, nawet na wyjazdowy mecz sekcji swojego klubu, na którym „nie ma młyna”, ot – niepozorny. Dla czystej, niezobowiązującej zajawki. Siadam wśród zgredów i patrzę na sportowców, zupełnie jak 10, czy 12 lat temu.

To jest dla mnie mój ukochany subiektywny dzień meczowy i szczerze mówiąc niezbyt potrzebuję już związanego z nim „przebywania wśród kumpli” (tak ważnego jeszcze przed trzydziestką), oczywiście zazwyczaj kogoś biorę – z kimś się zgadam, ale to już nie jest celem samym w sobie, bardziej liczy się klub, lub mecz niż spotkanie z gronem znajomych, a tym bardziej impreza, czy interes. Bez urazy, ja po prostu tak mam jako twórca, że trochę swoimi kanałami śmigam, w tłumie próbowałem, ale nie do końca się w nim na dłużej odnajduję.

Tak czytam tych wszystkich podobnie myślących i przeżywających szary mecz gości, którzy może nie są jakimiś weteranami nie wiadomo czego, ale po prostu pamiętają, gdzieś z dwudziestego rzędu, futbol z okolic 2000 roku, a dzisiaj kibicują po swojemu, nadal gdzieś w dwudziestym rzędzie. Cieszą się z tego, aczkolwiek nie do końca uznają to, co się dzieje za swój ruch.

Nie ma jednak niczego lepszego. Nie ma dużo mocnego sprzeciwu wobec upadku cywilizacji. Na stadionach jest. Wiszą transparenty, rozgrywają się mecze… System i kasa chcą zaciskać na tym pętlę. Ale tak jak różni szemrani hierarchowie w prawdziwych wiernych w Kościele, tak i w nas wszystkich nie wytępią prawdziwej wiary…

Forza Legia! Forza Ultras!

ŁG