20.03.19 Dwie skrajności, które kocham… Pierwszy dzień wiosny.

Idę chodnikiem, czytam „Piłkę Nożną” (wiem, że „fetowanie Kaki niet”, ale CR7…, co to za maszyna jest!), bo mi się znudziło patrzeć przed siebie, zaraz w kogoś walnę? Nie, tu jest zbyt głośno. Od literek odciąga mnie wrzask jakiejś (zbyt dużej na taki wrzask) dziewczynki stojącej przy młodej matce, której – niestety – postawa podsuwa mi na myśl pewne stereotypy. Dopiero co wszedłem z tego swojskiego wrzasku do domu. Otworzyłem okno. Mimo, że mieszkam wysoko, potężne „kuuuurwaaa” x2 (godzina 13:30) dobiega do mych uszu. Uśmiecham się i wdycham pierwsze ciepłe powietrze. Nie ma jak powrót wiosny na moim osiedlu, że tak powiem klasa robotnicza, a nie, przepraszam – tak będzie uczciwiej względem prawdy, socjal klasa wyłania się na dwór, wraz ze swymi dziećmi, gadżetami z AliExpress od obciążonego listonosza oraz frustracjami. Póki nie kupię działki na wsi, a takie mam marzenia, takie właśnie mam marcowe ćwierkanie ptaszków. „Ptaszki” będą „ćwierkać” dalej (idzie wiosna – stoi jak sosna), więc koło patologii będzie się na przedmieściach zapętlać. Misją szukać tu czegoś dobrego, nie zwariować. Pocieszać się, że chociaż białe te osiedla, nie dochodzą inne problemy. Jak mi stary, siwy frustrat zbluzga kobietę za spacer z psem to przynajmniej mogę go potem spytać o cholerę mu, kurwa, chodzi skoro sprząta po nim, zamiast szukać w translatorze języka z jakiegoś ISIS landu, albo od razu sięgnąć po kastet.

W takich właśnie warunkach nawracam się. Jestem z osiedla. Jestem ze stadionu. Nie twierdzę, że to najlepsza droga dla wszystkich nawróconych, heh, ale też nie najgorsza. Żyją we mnie klimaty trybun, a nie wszystkie są negatywne – to by było zbyt proste. Grzech plącze się tam… jak w większości innych miejsc, a Jezus ucztował z celnikami. Wojownik powinien dostosowywać się ze swoimi zasadami do rzeczywistości obok (w sensie, aby zasady pozostały na swoim miejscu mimo niesprzyjającego otoczenia). Przeciwnik ma swój plan – wybacz mu, ale Ty też musisz mieć swój i twardo się go trzymać. Zgadzamy się przecież, że od polityki nie można całkowicie się odseparować, mimo iż sama w sobie wydaje się być definicją brudu (nazwać parlament siedliskiem grzechu to nic o nim jeszcze nie powiedzieć…).

Nadal gdy słyszę piosenki artystów typu Domagała to mimo, iż obiektywnie należy przyklasnąć chłopu za dobry przekaz dla lemingów w tekstach (antyhedonistyczny, szacun), gdy słyszę go w odtwarzaczu mojej żony, podprogowy głos mówi z automatu: „kurde, co to za pedalski śpiew?”! Cóż. Na ulicach i stadionach nie gruntowaliśmy tego, co miękkie, myślę, że to dla Was jasne. Każdy przejaw miękkości był raczej śmieszny, minimum godny wyśmiania. Swoją drogą nie wiem już czasem, co jest dobrem, a co zwykłym zniewieścieniem, chowaliśmy się na tym, że facet ma być przede wszystkim gotowy do walki. Dlatego nawet będąc uczciwym sam ze sobą na drodze swojej wiary, nie jestem pacyfistą, lub wyznawcą „męskości bez jaj”, a z tym kojarzy się – pewnie częściowo mylnie – np. zbytnie okazywanie miłości, jak kobieta. Na szczęście wielu księży to rozumie, jakbyś żył w Kościele i ich znał to byś wiedział. Sami mają przerypane i nie pasuje im to, że Kościół dziś jest żeński. Nie jest tak źle jak pokazują w TV. Kocham i czuję, łza czasem poleci, ale nie kurde po babsku jak dzisiejsze chłopco-twory…

Z drugiej strony nasze sumienie nie może być śmietnikiem, w którym wszystko się pomieści, stąd ta wewnętrzna dyskusja i ekschibicjonizm na „Drodze Legionisty”. Są sytuacje i ludzie, których należy unikać, bo to sytuacje i osoby toksyczne. To nie tak, że „takie są czasy”, lub „takie mam klimaty”, jeśli jesteś wierzący musisz zdać sobie sprawę, że granica jest bardzo płynna.

Tak samo jednak płynna jest granica przesady w każdą stronę, myślę sobie, że nie muszę całkowicie rezygnować z obecności na meczach, tu jest dużo do zrobienia, a przede wszystkich sport to relaks i odpoczynek, które należą się każdemu. Myślę o sprawach dużych, wielkich, największych… głowa się gotuje, ja nie piję alkoholu i nie biorę narkotyków, jedyna rozrywka, która mnie odmóżdża to sport (bo przy książkach i muzyce i tak sporo kminię). Warszawska Legio zawsze o zwycięstwo walcz. Proste… No właśnie – proste!

Czemu się tłumaczę? To chyba oczywiste, nurt z którego wyrosłem to nie są nałogowi zbieracze plakatów z „Bravo Sport”, lecz interesuje nas także (przede wszystkim) atmosfera i życie trybun. Jeśli przy tym wierzysz, musisz robić rachunek sumienia. Uczciwie.

Tak – jako katol również tutaj, wewnątrz mojej pasji toczę walki. Toczę je wszędzie! Owoce są chyba niezłe, np. Wasze maile dotyczące zmian i wiary, a więc warto Panie Boże…? Szukam szczerze i szczerze mam argumenty „za”, chociaż czasem człowiek ponownie chciałby odjechać za daleko… Mam nadzieję, że udaje mi się nie być hipokrytą, zawieszony gdzieś pomiędzy życiem jakie znam, a wiarą w Boga…

Pomiędzy krzykiem, a ciszą. Dwie skrajności, które kocham na swój sposób.

ŁG