30.04.19 Chełpię się borderline…

Kiedyś pisałem coś takiego jak praca licencjacka o subkulturach. Tworząc ją przeczytałem m.in. książki o hipisach, poznając ich historię. W USA otworzyli na przykład komunę (squat), w której propagowali tzw. „wolną miłość”, a więc dzielili się sobą w łóżku, wierząc, że to jest prawdziwa wolność. W efekcie murzyni z okolicznych slumsów przychodzili po prostu dymać im kobiety, w imię miłości, oczywiście – jeśli ktoś ich spytał… Przypomniałem to sobie jako metaforę całkowitej bierności w życiu, w polityce, na ulicy, na trybunie i oddawaniu tego, co trzeba bronić, pod niby szlachetnymi pretekstami. Jeśli całkowicie odpuścisz walkę, a więc życie twardym przyziemnym życiem (nie tylko duchowym), olejesz staranie się o swoją rodzinę, o naród, o klimat, który kochasz, jeśli postanowisz mieć w każdej sytuacji pacyfistyczne podejście, „przyjdzie jakiś murzyn i cię wyrucha”. Szach-mat. Wobec tego „trzeba żyć”…, po prostu…

Życie po grzechu pierworodnym nie jest proste, Ty wiesz to, Panie Boże, że czasami czemuś mnie opuścił?

Z drugiej strony – jest coś więcej niż sprawy dnia dzisiejszego. Miał być Wielki Post, a było u mnie wielkie zamieszanie, przyznam, że nie jestem dumny ze swojej postawy w tym szczególnym dla Kościoła czasie, mimo chęci i chyba niezłego początku… Ponownie zdałem sobie sprawę, że katolik to zawodnik walczący w ciężkiej wadze (a warto nim być i walczyć, chociażby po to, by po tego naszego murzyna nie wyjść do tych slumsów zanim cokolwiek zrobi i go tam „na zaś” nie powiesić – to też metafora nawiązująca do komuny hipisów, oczywiście…).

Nie mogę doczekać się, kiedy znów posłucham śpiewu mniszek, spojrzę (tak, tymi samymi oczami, które patrzą na mecze i na meliny…) w oczy siostry Aviyah. Po kilku wizytach „dochodzeniowych”, o których czytaliście już w moich papierówkach, udało mi się dostać na nocowanie typowo w monasterze, a więc w klasztorze, nie gdzieś w jego okolicach. Nie jest to wizyta komercyjna, ani zbyt powszechna, w sensie – miejscówka nadal jest ostoją ciszy, wolną od tłumów (choćby od wierzących pielgrzymów), miejscem skupienia, nieco ukrytym w polskim lesie… No i wyobraźmy sobie sytuację, że ktoś napada na ten klasztor, gdy w nim beztrosko jestem. Ja odcinam ucho, a to siostra mówi mi, że kto mieczem wojuje… Ale ja najpierw odcinam. Czy jednak każdy będzie miał szansę rehabilitacji, jak św. Piotr i czy ona będzie w takiej sytuacji potrzebna?

Własna cela, On… Potrzebuję modlitwy w tej atmosferze, potrzebuję pustyni, bo kwiecień był dla mnie naprawdę szalony. Turystycznie, w pracy – organizacyjnie, meczowo zresztą także… Na szczęście wir wydarzeń nie burzy całkowicie domu zbudowanego na skale, ale pustynia jest czasem potrzebna, bo człowiek słabszy, rozkojarzony, stale w emocjach…

Świat okrutny, jak zawsze, więc zbroja się przyda – pamiętajmy o tym i gdy już pogonimy cwaniaka ze swojej komuny, módlmy się.

Ludzie szemrają, oceniają, stawiają nam wymagania pod swoją miarę (lub kompleksy). Chcą patrzeć z boku, oceniać z bezpiecznej odległości (to dlatego nasze drużyny narodowe mają tylu „trenerów” – a każdy by się obsrał, gdyby miał wziąć faktyczną odpowiedzialność…). Jeden ma szczęście i ma w dupie szemranie, drugi boi się oceny, denerwuje się, gdy jego rola wśród tych, których uważa za autorytet (najczęściej niesłusznie, ku własnej zgubie) spada. Wracają stare ambicje. „Obudzić bestię, pokazać im wszystkim, skurwysynom”! Pewne doświadczenie życiowe podpowiada jednak, że nigdy się wszystkim wszystkiego nie udowodni (bo „kim są oni”…?), na wszystkich nie zemści (najczęściej okazałoby się to kopaniem leżącego). W razie czego – bronić, jak nasi bohaterowie, Powstańcy…

Kto jest wojownikiem i jest wierzący, popadnie w specyficzne borderline. Nikt nie mówił, że będzie łatwo, wcale nie twierdzę, że w tym felietonie zwyczajnie nie pierdolę głupot…, ale takie jest życie.

Uważaj na złe duchy, bo działają w złych emocjach. Człowiek raz jest wściekły, raz łagodny. Raz świątynia, raz Echarchia – to metafora nas, mnie… Ty kochający i Ty rozgniewany to ciągle ta sama osoba. Ty zbuntowany i Ty broniący. Nie ma co się wstydzić, trzeba jednak rozeznawać, co od kogo pochodzi.

Pokusa, borderline, natura…

Święty Paweł mówi o zabiciu w sobie starego człowieka, ale to przecież ciągle ten sam człowiek (choć nawrócony), który – jak mówi autor Listów w innym słynnym fragmencie – ma w sobie wysłannika szatana, oścień dla ciała. Co to może być jeśli nie „ta druga” natura, niekoniecznie zgodna z Boskim ideałem? Różne są interpretacje, czy to pożądliwość, czy wybuchowość św. Pawła… nieważne. Oścień jest bronią przeciwko pysze, nie pozwala się zaspokoić duchowo na ziemi, a więc „stary człowiek” do nas wraca jako oścień, a my musimy wracać na kolana przed Pana Boga – jedynego, przed którym wojownik może na nie paść. Nowy człowiek (w tym samym ciele) ma inne odniesienia, a więc i inne narzędzia powrotu do Ojca.

Jadę na pustynię…

Stale wracać do wytyczonego ideału – są tacy, którzy właśnie tak widzą chrześcijańską drogę (drogę, a więc i walkę ze sobą, nie stagnację).

Św. Paweł dodał, że będzie się chełpił ze swoich słabości, aby zamieszkała w nim moc Chrystusa. No więc chełpię się dzisiaj moją złością i fascynacją przemocą, idąc za najwyższym przykładem…

ŁG