5.05.19 „… im bardziej wychwala, tym więcej go pogrąża”…

Często mówi się, zazwyczaj słusznie, o takich, co wrzucają same „sukcesy” oraz uśmiechnięte fotki na portale społecznościowe, że za tą kreacją kryje się smutek. Zobacz mój tyłek, zobacz moje wakacje, zobacz, zobacz jest ekstra… Mówi się o takich paziach jak Kuba Wojewódzki, że za czarnym poczuciem humoru i wesołym „skandalowaniem” kryje się smutek. Prawda. Prawda, ale… za każdym kryje się jakiś smutek. Albo inaczej – każdy z nas składa się z sukcesów i porażek, a życie każdego z nas z pięknych chwil i ton cierpienia. Nie ukrywam na „DL” swojego człowieczeństwa, moja mimika nie obejmuje tylko głupkowatego uśmieszku, ale także złość, strach, upadek i gorycz porażki. Uczucie triumfu też znam, albo tej słodkiej satysfakcjonującej ironii. Pokazuję to, nie ukrywam sam przed sobą i przed Wami jak wyżej wymienieni. Jak się cieszę to się cieszę, a to, że obudzę się jutro w okolicach 5:00 rano z poczuciem jakiegoś krzyża niesionego aktualnie na barkach jest więcej niż oczywiste. Przeżegnam się z rana i krzyknę przed sparingiem – wszystko ze strachu. Stałem się katolem nie żeby od czegoś uciec, udaje mi się nawracać, bo ta wiara jest zgodna z akceptacją istnienia cierpienia i porażki, z męskim zdaniem sobie sprawy, że życie to nie tylko beka, ale także biczowanie i korona cierniowa. Ucztujemy, Mistrz też ucztował, ale krzyż już czeka – wiesz o tym, a jak nie to Twój błąd, bo ból weźmie Cię z zaskoczenia.

Byłem na dnie i może jeszcze będę. Kiedyś byłem na dnie moralnym, kiedy indziej finansowym, sportowym, miłosnym, na każdym po trochu… Charakteru dodają blizny, więc o co chodzi…? Nie tylko te blizny dosłowne. Mądrego to aż lubię posłuchać, a skapnąłem się, że mądrym jest dla mnie ktoś kto przeżył jakąś lipę i mówi o niej wprost, że był w tym słaby. Ktoś silny pomacha łapkami, okej, rozpędzi parę owadów wokół, ale te, które go zżerają są przecież w środku i nie grypsują. Odzywają się nieposłusznie, nieproszone, wbrew woli. Nigdy o nich nie powie, ale one są.

Ktoś kiedyś pisał o „Drodze Legionisty”, oczywiście ta osoba już nie pisze mediów nacjonalistycznych (a ja wchodzę w 12 lat „DL”), że „szkoda, że katolicyzm, a nie swoja droga…”. Swoja droga…? Co to w ogóle znaczy…? Goethe mówił: Komu trzy tysiące lat nie mówią nic, niech w ciemności niewiedzy żyje z dnia na dzień. Sorry, mi studiowanie dziejów, a przede wszystkim własnej duszy, podpowiada właśnie katolicyzm jako drogę słuszną. To dzięki wierze w Boga niepotrzebny mi ochroniarz, żaden Kevin Costner (Fisz Emade), a nie np. dzięki sile fizycznej, lub sukcesu na sukcesie. Lepszy zawsze się znajdzie, a Droga Krzyżowa uczy mnie wstawać – i to nie raz, a wiele razy, po upadkach. Zresztą dużo by pisać o różnych gałęziach katolicyzmu i o tym, co mi dają, i co dają mojej Ojczyźnie.

Mam sukcesy, bym mógł sobie profil jak cholera stworzyć przed Wami. Rzucił wszystkie nałogi, abstynencja to już „naście” lat, dureń, któremu ubliżali, że nic nie umie, a ma swój interes, który nieźle się kręci – na tyle, że żyję za swoje. Bym tylko wstawiał kolejne sukcesy…

Czy jednak robimy to, aby pokazać komuś, że „mi się udało”? Jeszcze jeden cytat, weźmy Tomasza Kempis: Czy człowiek staje się lepszym od tego, że drugi człowiek nazwie go wielkim? Omylny omylnego, próżny próżnego, ślepy ślepego, słaby słabego zwodzi, gdy go wywyższa, a im bardziej wychwala, tym więcej go pogrąża. I w drugą stronę – czy uda Ci się spowodować, że uwierzę, że jestem nikim, skoro sam żeś słaby…?

To tak jeszcze, przed kościółkiem. Dobrego.

ŁG