6.05.19 Prawnicy – koks – zjazd do boks(u)…

Jako, że stawałem się przez kilka ostatnich lat „zwykłym, szanowanym człowiekiem” (śmieję się z tego regularnie… mam w sobie tony świadomej ironii danej chwili i dystans do niej, bo równie dobrze jutro mogę znowu być na dnie, jak kilka razy w swoim krótkim życiu), oczywiście z powodu pracy i oczywiście w oczach ludzi, którzy mnie prawie nie znają, trafiam – zaproszony – na różne imprezy. Nie cierpię imprez, ale czasem już naprawdę nie wypada odmówić i trzeba wpaść przynajmniej na te dwie godziny, bo ludziom też sporo zawdzięczam i to nie tak, że są wyłącznie źli (ale wolałbym np. iść na obiad z fajnym widokiem). Nie piję, więc owe dwie godziny w zupełności wystarczą, by zaobserwować jak panie nauczycielki, zresztą wszelkie panie i wszelcy panowie zmieniają się z autorytetów w potencjalnych bohaterów filmików robionych „z przyczajki”. Widzę jak muszą się wyżyć, wykrzyczeć, przestać udawać ze skutkiem tragikomicznym. Widok to żenujący. Czy powinienem się dziwić? Wszak od rana znowu będą trybikami w Systemie, którego nie są do końca świadomi (lub nie są świadomi swojej siły, że aby żyć inaczej nie trzeba skakać po stołach). Razem z robieniem porannej tapety na kacu założą tą maskę, którą trzeba nosić cały tydzień. Osoba, która na codzień może być sobą trochę nie ogarnia tego wytrysku… Kurde, ja naprawdę nie powinienem narzekać na swoje życie.

Czasem muszę to oglądać. Tłumaczę sobie, że zawsze uda się na takich imprezach przemycić coś dla nich kontrowersyjnego w rozmowie, nieoczekiwanego. Oczywiście najbardziej nieoczekiwany jest Pan Bóg. Ludzie milkną na kontrę do ich śmiechu z księży, wszyscy nagle patrzą na Ciebie dokładnie tak jak gdybyś w tłumie kibiców najróżniejszych klubów powiedział, że ty to z Legii jesteś… No nie jest to obojętne, jak obrona pielęgniarek, czy kibicowanie Niecieczy.

Skumplowałem się też z moją barberką i gadamy przy strzyżeniu włosków np. o narkotykach (bo na ten temat rozmów schodzą zazwyczaj nasze roczniki, trzeba było się pilniej uczyć…). Pierwszy raz wzięła koks nie na meczu, Legia „nie wstrzyknęła jej marihualny” w ciemnej uliczce, heh, a na prawniczej imprezie, bo takie miała akurat wtedy kręgi (pewnie przez chłopaka, ale nie wnikałem). Nie dziwi mnie to kolejne świadectwo, bo znam miasto… Klasyk, a więc „wyluzowanie się” po całotygodniowym bronieniu prawa, heh (i ja, jak frajer, miałbym sztywno się go i jego obrońców trzymać…? Świat jest cyrkiem, ale niestety jeden jest jego szefem, a drugi zwyczajną małpą, kierowcą, czy clownem… Ja po prostu zawijam się z tej imprezy jak tylko mogę…).

27 maja to 12 lat „Drogi Legionisty” i równe 12 lat od mojego ostatniego łyka alkoholu. Nie ma w tym wielkiej filozofii, dopiero gdy rzuciłem flachę udało mi się zrobić coś trwałego i w miarę sensownego (aczkolwiek zdania do dziś są podzielone :-). Potem zauważyłem, że tyczy się to też innych gałęzi mojego życia, stąd wytrwałem do teraz bez potknięcia. Dobra passa zaczęła tyczyć miłości, meczów, sportu, kasy, potem wiary… Zainteresowałem się Straight Edge, a więc kwestią kontroli nad swoim życiem (dziś coraz żadziej używam tej nazwy, bo jestem za stary na subkulturę, ale generalnie utożsamiam się, bo w tym wyrosłem na ludzi).

Dzisiaj to, że piszę jest dla mnie tak normalne jak to, że rano stawiam klocka bez szluga (też rzuciłem), to że nie piję – podobnie. W wytrwaniu pomogły mi autentyczne i głębokie męczarnie (i męczy mnie to do dziś, o tym jest ten tekst) w przebywaniu wśród osób pijanych, a co za tym idzie głupio mądrych i pieprzących głupoty. Co jakiś czas, niestety, dostaję nowe porcje inspiracji do utrzymania abstynencji. Ha-ha-ha-ha, hi-hi-hi-hi, uprawiają swój modny teraz cynizm (Fisz Emade), ale tylko na kilka godzin, do wytrzeźwienia – potem lemingi, lub, co gorsza, „obrońcy prawa”, które ja łamię, kitrając racę, na przykład. Straszne…

ŁG