23.05.19 „Fight Club” to klub wewnętrzny, gdzie walczą Twoje wilki…

Felieton niżej to była pierwsza poranna kawa. Teraz druga i uciekam… Pewnie będę musiał się tłumaczyć przed Panem Bogiem, że ciągle imponuje mi odwaga ludzi w zwyczajnej chuligance, albo że czekam nie tylko na Zmartwychwstanie, lecz także na 9 sierpnia 2019, kiedy to swoją premierę w polskim kinie będzie miał nowy film Quentina Tarantino „Pewnego razu… w Hollywood” (DiCaprio, Brad Pitt – na fotce obok w „Fight Clubie”, co to jest za dzieło!). Te dwie różne rzeczy to męska opowieść o tym jak można reagować na fakt, że świat jest popieprzony. Wyżyć się, pośmiać… Lubimy jeszcze bardziej go popieprzyć. Kurde, nie mogę mieć słabszych dni – to boli, ale i mobilizuje. Pewnego poranka zdałem sobie w pełni sprawę, że mam już kilkudziesięciu podopiecznych w wieku wczesnodziecięcym i nastoletnim. Brzmi to jak socjologiczno-psychologiczne pieprzenie, ale to jest prawda, że większość z nich szuka autorytetu, bo jest kryzys – w chacie, a także poza chatą i w grającym na chacie telewizorze. Kryzys w szkole, kryzys w telefonie. Zdałem sobie sprawę, że mam tak ogromną presję jak piłkarze Legii Warszawa przed meczem z Piastem, tyle że ja nie mogę tego tak jak oni zawalić, bo do kolejnego sezonu w umyśle dzieciaka może po prostu nie dojść, zostanę wycofany z rozgrywek.

Jeśli coś głoszę, a nagle uczynię przeciwnie to przestanie mu się zgadzać, ostry obraz pana trenera się zatrze i stanę się taki sam jak inni (pieprzący wyniosłe zdania egoista i cienias karierowicz). Kryzys w klubie sportowym. Szerząc Pana Jezusa wśród młodzieży, staję się dla niej Jego reprezentantem, każdy słabszy dzień rozliczą mi w świetle tego, co mówię o dobroci i miłości. A wiecie, że jestem taki trochę katolski Tarantino, he he – czyli wykręcony, wierzę w Boga, ale jestem kibicem, nacjonalistycznym aktywistą i co tam, kurde, jeszcze…? Doświadczenia czasem się przebijają, może nawet dominują. Przede wszystkim mam, hm, uliczne poczucie humoru (czarne) i nie zawsze zamknę jadaczkę na czas, a problem polega na tym, że robię to w temacie, który wcześniej przedstawiałem dzieciom jako wymagający powagi i głębszego zrozumienia (z tym swoim specyficznym borderline wcale nie żartowałem… pewien czytelnik regularnie współczuje mojej żonie – nie na wyrost…). Granicę mam już tu ustawioną, rozmyślam, co do nich mówię i spowiadam się ze złych słów. To dobrze, nie? Tak trzeba.

No więc? No więc co rano staram się przypominać sobie o tym, by trwać na modlitwie. Włączam sobie nie porno, heh, a komentarze do dzisiejszych czytań. Mobilizatorów nie włączam prawie w ogóle, bo mój psycholog mówił zszokowany, że ich oglądam (a ja nerwowo mrugałem oczami): panie Łukaszu, pan tego nie ogląda, pan jest przecież mistrzem automobilizacji i to właśnie na tym polega problem! Hłe, hłe, czaicie? Ja się w życiu przemobilizowałem, jestem wszystkim i nikim konkretnym.

Ale chociaż jestem szczery, dlatego mnie czytacie, bo macie dość wyważonych słów i idealnych autorów. Kurcze… i wiecie co…, chyba też dlatego dzieci mnie słuchają…

Może te słabsze momenty są po prostu ludzkie, a nadal imponuje im, że w tym wszystkim widać jakiś wyższy cel? Może ja się niepotrzebnie katuję wyrzutami sumienia, bo przez to, że jestem tak podobny do nich mogą spróbować dostrzec także w sobie ten pierwiastek wiary, szukać wyższych wartości będąc prostym dzieciakiem z prostego domu? Skoro ja mogłem?

Także dlatego pójdę znowu na stadion, pójdę na film Tarantino. A zaraz pójdę do kościoła na mszę świętą w środku tygodnia… Bo Tarantino też potrafi dominować. Inni potrafią. Jeden ma wydziaranego Jezusa, a drugi „Ojca chrzestnego” i oboje widzą w tych wizerunkach swoich Bogów… Wygrywa ten, którego karmię

To jednak mogę mieć słabsze dni? Hm, może skoro nie dzieje się w nich nic naprawdę złego (granica + konsekwencja!), skoro granica jest odpowiednio ustawiona, a nie jak u dewiantów z ostatniego głośnego filmu (sorry za radykalny przykład, ale ciągle się budzę z bólem tego, co tam zobaczyłem)…?

Dobrego dnia i jeszcze lepszych wyborów! Ja wypiłem dwie kawy i sam odpowiedziałem sobie (pisząc) na swoje pytania – jak to klient poradni wszelakich…

ŁG