4.07.19 Wyższa inteligencja wobec „duchowych herosów”…

Kiedy zacząłem się nawracać w latach 2012/2013 myślałem, że droga będzie generalnie prosta. Będę słuchał księży, więc szybko będę wiedział co i jak. Do 2019 roku, czyli do teraz, słucham ich, staram się oczywiście sam poznawać Ewangelię (czytam Pismo) i sprawa jest… coraz bardziej skomplikowana. No bo…, których księży słuchać? Nie chodzi o jakieś oczywiste herezje, a raczej o podziały w interpretowaniu Słowa Bożego, nauki Kościoła wewnątrz samej wspólnoty. Ostatni mini-przykład to net-kłótnia Wojowników Maryi ks Chmielewskiego oraz… młodego teologa, Mikołaja Kapusty, który wprawdzie nieco lalusiowaty i nie mój klimat (miecze bardziej), ale chłopak argumentuje bardzo celnie i to jemu przyznaję rację w tej teologicznej sprzeczce. Szanuję uczciwość, konkrety i precyzyjność, emocje rządziły mną we wspomnianym 2012, albo i wcześniej. Rada jest taka, że nie powinniśmy się za bardzo spinać, nie powinni się spinać niektórzy kaznodzieje i inne osoby odpowiedzialne, różne są wszak charyzmaty i najlepiej wybrać jeden dla siebie.

Refleksję opartą o tych kilka lat matanoi mam takie, że owszem, trzeba unikać okazji do grzechu, ale przede wszystkim ćwiczyć się w tej dobrze rozumianej miłości, przyjąć miłość Boga do mnie i do wszystkich ludzi (jeśli myślisz teraz, że oznacza to zgodę na wszystko, to bardzo się mylisz, miłość bliźniego jest głębszą kwestią).

Ja generalnie lubię bardzo niewielu ludzi, ale kiedy stanę się zamkniętym w czterech ścianach snobem, co z tego, że będę dniami i nocami szukał w sobie, a tym bardziej u innych, błędów? Ten najważniejszy błąd, brak miłości do drugiego człowieka, mam jak byk przed nosem, a to bliźniego mam miłować, zaraz po Bogu. Przeszedłem chyba przez wszystkie etapy przemiany, heh, i jedno po tych latach wiem na pewno – nigdzie nie można dać się zwariować!

Serce. Jakie mamy serce? Nie pytam, czy jesteś chuliganem, narkomanem… Jakie masz serce? Jesteś kawał chuja, czy dobry człowiek?

Ogromnym odkryciem na mojej Drodze jest fakt, że owszem – najpierw trzeba się nakręcić i próbować zrobić z siebie herosa, by zwalczyć syf dotychczasowego życia w grzechu ciężkim, pozamiatać, ale kolejnym etapem jest… wyciszanie tego samonakręcania (żyjąc w łasce uświęcającej), a więc w skrócie trzeba wiedzieć kiedy poluzować lejce i pozwolić działać Duchowi. Wszystko jest drogą, wszystko ma etapy, tym bardziej nasza walka duchowa. Poczytajcie ascetów – raz zły atakuje z grubej rury, a raz chce przechytrzyć nas… naszą własną gorliwością. Myślicie, że na „duchowych herosów” wyższa inteligencja nie ma pomysłu? A po odpowiedzeniu sobie na to pytanie dostrzegasz już pychę w jakiej tkwimy sądząc, że wszystko załatwimy własnymi staraniami? Król klamstwa najlepszy jest wszak w udawaniu tego kim nie jest, a wiadomo kim chciałby być…

Odpocznij, zapomnij, nie grzesz więcej…

Poleganie tylko na sobie i walka na śmierć z… no właśnie, czy na pewno jeszcze z grzechem (?) prowadzi do takiego samego zniechęcenia i zdenerwowania jak przy trwaniu w hedonizmie (Ty żyjesz sobie dobrze? Prędzej, czy później się otrząśniesz, nie tacy jak Ty żyli „spoks”… Bebzun nie rośnie od rozpusty tylko do czasu… Skutki uboczne hedonizmu też nie od razu są widoczne…).

Oczywiście moje słowa też można źle, pod swoją wygodę, zinterpretować. Z pomocą idzie skupianie się na Jezusie i mojej relacji z nim na podstawie Słowa i głównej nauki Kościoła (niekoniecznie blogów poszczególnych kapłanów), porzucenie natrętnego aktywizmu na rzecz miłości do Stwórcy i trwania w niej. Poważne traktowanie spowiedzi świętej. Brzmi jak wyższy level, ale to tak naprawdę odsuwanie myśli o grzechu od siebie, skierowanie (jako walki z nim! To taktyka, bo pokusa naturalnie wraca…) uwagi na to lepsze, to dobre, zamiast siłowania się z pierdołami (o ile to pierdoły, rozeznaj…).

Tau śpiewa na nowej płycie, że ma gdzieś ten świat, skończył mu się czas i przeminie. Lubię ten kawałek, ale po przemyśleniu nie do końca się z nim zgadzam. Podejrzewam, bo przecież nie wiem na pewno, że lepiej nie mieć w dupie świata, tylko trwać na nim w Jezusie Chrystusie. Pokazywać NA NIM, że prezenty mamy od Boga, nie od diabła – mimo, że to tego drugiego zwie się władcą tego świata. Mnie nienawiść do świata nie naprawia, to złe sformułowanie, nienawidząc świata, bo też mam takie stany, chodzę źle nakręcony, cytując mnicha mam gębę jak cmentarz, a z taką się świata nie zbawi.

A nawet siebie!

Nie odcinam się od moich tekstów o radykalizmie, ale jest on tylko pierwszym etapem. Musimy być radykalni, bo świat jest ciężki, co epoka to pod innymi względami, ale jeśli chodzi Ci o te wartości, które głosisz, a nie o samo głoszenie jako styl życia i sposób na zaistnienie (dlatego tak wielu już odpadło) – musisz w porę się skapnąć kiedy to już nie jest dobry radykalizm, a szkoda dla siebie i dla naszej sprawy.

Mam stały kontakt z dzieciakami o problemach typowych dla lat, w których żyjemy. To nie są problemy naszego dzieciństwa, nie na tak masową skalę. Tną się, małolaty żrą antydepresanty, na niezdanie do kolejnej klasy reagują siedzeniem miesiąc w domu i wmawianiem sobie depresji przy szeregu fejmowych raperów i blogów, które utwierdzają ich w tym i podają używki jako receptę, która na chwilę pomoże. Co jest dla takiego dzieciaka moim aktywizmem godnym zaufania? Okazanie mu miłości, wysłuchanie, zrozumienie, czy „ty ćpunie, dziwolągu z niebieskimi włosami!”? By być skuteczny muszę… zwalczyć swój radykalizm, a przynajmniej jeden z jego odcieni. Radykalizm jest często brakiem odpowiedzi na sensowne pytania, brakiem kontaktu z żywymi ludźmi, z żywymi problemami, namacalnymi. Dlatego w biurach (!) powstają absurdalne pomysły na państwo.

Podsumowując. Bądźmy szczerzy wobec siebie, uczciwi i nie dajmy się porwać emocjom. Co jak co, ale wiara to nie emocja, nie powinna na niej się opierać, a często mam wrażenie, że ludzie szukają w niej podniesienia ciśnienia. Serio? Wiara to nie turniej sportów walki…, chociaż różnych metafor się dziś używa. Metafory może i pomagają na początku, ale często prowadzą do wiary bardzo powierzchownej…

ŁG