13.07.19 „Silniejszy od nienawiści” (Tim Guenard, książka, Francja’99).

Wiele ostatnio świadectw… Tych mocnych i takich, że ktoś „dwa razy zapalił marihuanę” i rozwodzi się nad tym na jakim to był wielkim dnie (a może trzeba mu jednak pogratulować tylko takiego dna?). Szczerze mówiąc – ostatnio czytelniczy przesyt takich historii, chociaż Chwała Panu za każdą. Takie też miałem podejście do książki niejakiego Guenarda, którą wcisnął mi znajomy. Jakiś czas się do niej zabierałem, ale jak się już zabrałem to przeleciałem po niej jak Sparta po Millwall w tegorocznej ustawce. Może nie było to 30 sekund, ale bardzo szybko… Bo co powiedzieć o gościu, którego matka w wieku trzech latek przywiązała do znaku drogowego i zostawiła na pastwę losu? O gościu, który ucieka z poprawczaka, którego na ulicach Paryża gwałci jako dwunastolatka zboczeniec, a który krótki czas później trafia do gangu, by w nim udowadniać swoją siłę…? A to dopiero początek…

Spotkania z Timem Guenard’em miały miejsce także w naszym kraju, ogólnie gościu jeździ po świecie i daje to świadectwo wszelkimi dostępnymi formami. Książka napisana w 1999 roku została przetłumaczona na 12 języków. Ja mam polskie wydanie ze Znaku, z 2009 roku, 242 strony w miękkiej okładce. Po tym jak obejrzycie dopiero co recenzowanych tu „Władców Chaosu” łyknijcie coś takiego, jako dowód, że z różnego mroku można się wyczołgać jeśli nie idzie się uparcie w jego głębię (jak np. satanistyczni idioci, bo jak ich inaczej nazwać? Są brzydcy i mają głupią ideologię).

Powodem, dla którego bardzo szybko mknie się przez lekturę jest nie tylko hardcorowa historia Tima, ale język jakim jest ona napisana – jest to język prosty i uliczny, a zarazem czuć w nim inteligencję wyrosłą na życiowym doświadczeniu. Autor skupia się w swojej biografii na konkretach, nie rozdrabnia się zbytnio, a wszystkie jego przeżycia i wnioski po nich wyciągnięte przeszywają nas współczuciem pomieszanym z podziwem… Momentami wręcz wydaje się niemożliwe, by takie wydarzenia, jedno po drugim, spotkało jednego człowieka… To materiał na kilka biografii.

Tima z syfu najpierw uratował boks, co również przypadnie czytelnikom „DL” do gustu jako wątek w historii. Był mistrzem Francji, trochę na tym nawet zarabiał. Boks pozwala jednak wyżyć się ciału, ducha też hartuje, ale dusza to całkiem inna sprawa niż duch, ona pozostała jeszcze niezaspokojona… Tu Tim musiał spotkać innych ludzi, ale… nie chcę psuć Wam całej zabawy z lekturą i historią Francuza.

Z lekturą, w którą warto się zabezpieczyć! I puszczać ją dalej, czym głębiej w mrok ją puścicie – tym lepiej…

Tu muszę sam się poprawić a propos wstępu do tej recenzji: świadectw dla Pana Boga nigdy nie za wiele w przestrzeni publicznej!

ŁG