14.07.19 Felieton przy kawie i gazecie.

Pisałem Wam (http://drogalegionisty.pl/?p=11135691) o Turcji w kontekście flag narodowych, „Ojca Turków” i zauważalnym wszędzie patriotyzmie, jakby poczuciu wspólnoty. Nie moje klimaty ten kraj pod względem kulturowym – wiadomo, ale robi to wrażenie na Europejczyku, który musi ostatnio sporo nahejtować się „postępu” za własnym progiem. Trafiłem na wiochę, która jeszcze nie jest aż tak przeszyta życiem turystycznym, dopiero rozwija się w tym aspekcie. Nasuwały się porównania. Pracowałem również na polskiej wsi, dojeżdżałem na nią z miasta do roboty na budowie łącznie przez ok. półtorej roku (wtedy byliśmy klasa robotnicza, a teraz pozostał nam po niej chyba tylko Cockney na słuchawkach od czasu do czasu i sentyment do „Mechanicznej” kojarzonej z Oi!owymi klimatami, chociaż dotyczyła przemocy, a nie życia robotniczego… Taka z nas klasa robotnicza, że śmigamy po kurortach – stać nas na nie w ratach -, wielu ma socjal, a klasa robotnicza kroi nam arbuzy…). Prócz flag narodowych i pomników, podobało mi się życie mieszkańców na ulicy, m.in. właśnie w kontekście polskiej wsi…

Wtedy – podczas pracy na budowie -, przynajmniej przez jakiś czas, chlałem piwsko i byłem bywalcem wioskowych sklepów. Toczy się u nas całkiem inne życie niż to tureckie. Popołudniu Turcy byli – zapewne – na robotach, a wieczorami mężczyźni siedzieli przy stoliczkach miejscowych herbaciarni, pili herbę z tych swoich specyficznych szklaneczek, grali w jakieś gry planszowe i w karty. Fajne to, chociaż zapewne przeszyte Islamem, że tego piwska nie było widać, a żadne pijaństwo nie kuło w oczy.

Przede wszystkim jednak miejscowi czytali gazety, masowo i publicznie, czego u nas dawno nie uświadczyłem. Szedłem wiejskimi uliczkami i każdy tam czytał jakiś dziennik, zamiast np. knuć kolejne afery ze swoimi. Nie dość, że wieszają flagi na swoich domach, sklepikach, to jeszcze – jak widać – żywo interesują się tym, co się dzieje i to w miły dla oka, tradycyjny sposób.

Jak wszędzie gdzie jestem, kupiłem miejscową gazetę sportową. Żona spojrzała wymownie. Częścią tytułów Wam się chwalę, ale skupuję dużo więcej makulatury, ostatnio wrzucam Wam np. wycinki z „Tygodnika Żużlowego”, bo akurat robię wywiad z fanatycznymi żużlofanami (szczegóły wkrótce). Tu znowu przywołam żonę, która wyśmiewa mnie, gdy proszę, by mi to przyniosła z kiosku, słowami:

– A ktoś to czyta oprócz ciebie i jakiegoś Janusza…?

Nie wiem, szczerze mówiąc, ale „Tygonik Żużlowy” urzeka mnie old schoolową szatą graficzną (zmieniła się w ogóle od lat 90tych?) i tym, że masa maniaków co tydzień wymienia w nim, na papierowym forum, swoje myśli, refleksje, emocje itd. na temat ukochanego sportu.

Żużel oglądam tylko czasem, ale oni są na swój sposób ciekawi. Mój rozmówca jest młodym ultrasem, a temat się przedłuża, bo to jest na wyjeździe swojego klubu, to na żużlowych wojażach po… niejakich Wittstock, Guestrow oraz w bardziej mi znanym Lesznie… Finał Indywidualnych Mistrzostw Europy, mistrzostw Polski… Nawet nie wiedziałem, że można na coś takiego śmigać, że ma to jakiekolwiek znaczenie… W każdym razie nie ma na to masowej mody, nie można się przylansować na Insta w groźnej koszulce…

Podobnie jak na gazety, na ten staromodny rytuał, kiedy czytasz je przy kawie.

O czym jest ten felieton…? O zwolnieniu tempa i zainteresowaniu się swoim. Zamiast gonić, usiądź sobie przy herbacie i poczytaj, co tam w Twoim kraju, hobby. Pojedź na mecz. Miej czas, aby podczas zakupów na rynku pożartować ze sprzedawcą. Żyj z ludźmi, tam gdzie jesteś posłany. Nie mówię już tylko o wiosce, mówię o mieście – o Twojej dzielnicy…

ŁG