31.07.19 Próba druga – ostatnia.

Szisza sziszą, dom domem, ale planuję właśnie go opuścić i wreszcie dojść pieszo do Częstochowy, do Matki. Łóżeczko, meczyki, książki potrafią przyzwyczaić do przyjemności, ale duch ciągle wzywa w drogę, jakby przypomina, by nie zmieniać życia w hedonizm. „Widocznie mają za dużo wolnego czasu” – tak mój kuzyn skwitował pewnego newsa o nacjonalistach, co mi się skojarzyło z tą decyzją. Nie ukrywam, że czuję podziw pomieszany ze zdziwieniem dla ludzi w moim wieku, którzy są wiecznie zajęci swoją pracą i widocznie szczęśliwi z tego powodu, a nic więcej ich nie interesuje (nie myl z tym, że „pracujesz, a coś Cię interesuje”). „Za dużo wolnego czasu”… pewnie na pielgrzymkę tym bardziej, widziałem takie komentarze w sieci, jakaś pani pisała, że „szkoda życia”. I znowu trzeba spojrzeć w siebie, nie na boki. Ambicji i chęci jest tyle, że część już dawno zaczęła mi się wymykać. Nie będę w niczym doskonały, bo nie potrafię konsekwentnie rezygnować, świat jest zbyt ciekawy (chcę więcej wolnego czasu). Widzę to tak, że ma wiele skarbów, z których ludzie nie korzystają i mam tu na myśli także duchowość oraz idee właśnie. Idę! Zostawiam wygody, komfort i ligę piłkarską, chociaż… no nie do końca, bo jednak aplikację na telefonie instaluję, by móc meczyk jeden czy drugi obejrzeć między pacierzami, no bo bez przesady, że tak zupełnie nic.

Idę do urzędu po zaświadczenie. Idę drugi raz, bo za pierwszym oczywiście czegoś im zabrakło. Za drugim także, kolejne pół dnia w dupie. Tylko się nie zdenerwować, pielgrzymka, ogarnąć sprawy, nie brać nic takiego ze sobą! Pomachać na kilka dni miastu, znowu…

Mobilizuję się, czytam pamiętniki pielgrzymkowe, Reymonta nawet przeczytałem pamiętnik z pielgrzymki w 1895 roku, ten pamiętnik to jednak temat na inny tekst – w każdym razie wiem chociaż, że „rozkminiacze” zazwyczaj trudno się wkręcają w atmosferę miejsca dla masy i wszystko widzą po swojemu, jakby z boku (oczywiście porównuję się ze śp. Panem Władysławem tylko na zasadzie profesji, tak jak Czajnik Akustyczny Warszawa gra w piłkę i FC Barcelona również gra w piłkę…). Muszę mieć dystans do tego, że nie będę się tam czuł zbyt dobrze już po upływie doby, czy dwóch, a tak będzie.

W czasie kiedy w kraju panuje szaleństwo narzucające nam wrogie ideologie, wziąć do ręki różaniec, maszerować z podobnymi tobie i spotkać setki po drodze, jawi się jako obcowanie z tą Polskością, o którą walczymy. Postanowiłem sobie, że tym razem nie będę za wiele teoretyzował i planował, ale mimo wszystko mam jakieś osobiste cele pielgrzymkowe…

Przede wszystkim chcę walczyć z własnym egocentryzmem w warunkach znużenia i po prostu uczyć się kochać jak facet, czyli najpierw zadbać o tych, o których mam zadbać, a potem myśleć o własnej dupie. Idą ze mną albo dwie albo jedna podopieczna, którym zresztą opłaciliście tegoroczny obóz sportowy (dokładnie te same osoby). Będę miał co im powiedzieć i chcę to im powiedzieć. Na pielgrzymce nie obgadują i nie są wredni, nie piszą na Ciebie komentarzy. Nie patrzą jak się ubierasz i tak dalej… to dobrzy ludzie, a więc moralność ta jest godna uwagi, wdrożenia. Katolicy to także dobrze ludzie, nie tylko bohaterowie wrednych memów! Tyle, że najpierw sam muszę taki być i nie wydobyć z siebie żadnego „pierdolę to” po czterech dniach w pocie…, albo nie zbluzgać jakiegoś Janusza, który po 30 kilometrach w upale wbije mi się w kolejkę do michy z wodą, o ile w ogóle jakaś micha będzie. Tego się boję – katolicyzm jest trudny, a szatan sprawnie oszukuje osoby o wybuchowym temperamencie. Dziecko dane pod opiekę z pewnością mnie zmobilizuje.

Uczyć się rezygnować z siebie, trzymać nerwy w warunkach dyskomfortu i poczuciu „tracenia czasu” w oczach tego świata – pielgrzymka to dobry czas na takie prywatne rekolekcje, samozaparcie, ale i proszenie o łaskę i umiejętność jej przyjmowania.

Czuję podekscytowanie i obawę. Tak po ludzku to oczywiste, że iść mi się nie chce i spać po norach, ale chcę też pokutować tą drogą, dodać trud do zwyczajnego, całorocznego żalu (albo i rutyny…) za swoje grzechy, ale mimo wszystko idąc i trudząc się wydobyć z siebie taką prostą radość z tego trudu, dumę z bycia chrześcijaninem, bo nie powinienem chyba być zmartwiony i w historii swojego nawracania się wielokrotnie wpadałem w przyjemną euforię, ale i poczucie ciężaru krzyża własnego przekombinowania wszystkiego czego się dotknę. Prośbę też oczywiście mam, jedną, niematerialną, ale to już między mną, a Panem Bogiem.

Generalnie jednak – chcę być tam sobą i zobaczyć jak to bycie współgra z pielgrzymką. Nie chcę zmieniać się na siłę w mnicha, nakładać masek, a potem wracać zdołowany do bycia wygodnym gnojem. Wiara jest codziennością, więc niech wędrówka będzie tylko częścią codzienności, spacerem, a nie szukaniem „nowych doznań”, jak nowych smaków melasy…

Co szykujesz Panie Boże?

ŁG

PS: Byłem w kiosku. Prawda, że specyficzny zestaw zakupów?