12.08.19 „Nie wydostaniecie się! Drzwi zamknięte…”.

Nigdy nie udało mi się powtórzyć tego uczucia szczęścia, które czułem całym sobą, kiedy w latach 90tych stałem jako dziecko nad polskim Bałtykiem podziwiając zachód słońca i słuchałem kasety z walkmana. Słuchałem muzyki i patrzyłem na obrazy, które w połączeniu – już wtedy specyficznie poruszały moje serce, wyobraźnię, emocje. Nikt mnie wtedy jeszcze nie zawiódł i ja nikogo nie zawiodłem, a prosta miłość i szczera muzyka odbijały się wspólnie ze słońcem od słonej wody. Potem pozostały z tego strzępy – z rodziny i z beztroski, a jeszcze później na gruzach udało się postawić nowe domy, zbudować nowe szczęście, ale to już szczęście ze szramą. Ile masz szram, ile miałeś prób? Wiem, że nie zawsze będą siły, by jeszcze raz zaczynać wszystko od nowa, a zatem szanuję i pilnuję tego, co mam. Po pierwszym nawróceniu wyjechałem sam nad ten sam Bałtyk i z tą samą muzyką na uszach pisałem pierwsze świadectwo na „Drogę Legionisty”, czułem się bardzo dobrze, ale pamięci się nie wykasuje i to dlatego to pierwsze uczucie, z walkmanem, a nie ze smartfonem, pozostanie numer jeden. Nie wiedziałem wtedy, że falami nadciągają problemy, a niewinna morska piana zmieni się w pianę z wnerwionego pyska. Jako dziecko jesteś niewinny, dopiero później wszystko komplikujesz.

Walka z grzechem dla ludzi naszej mentalności jest jak balon, parafrazując „Księgę Tajemniczą. Prolog”: jeszcze jedna chwila i się rozwali i wyleje się to, co tak długo w nim wzbierało. Krzyżem jest świadomość, że mimo wszystko trzeba zacząć dmuchać balon od nowa. No bo, kurna, co? Zdegenerować się?

Wtórne to jak fabuła nowej serii „Domu z papieru”, codzienność zadaje kolejne ciosy, jak City West Hamowi na inauguracji nowego sezonu Premier League. Nagle robi się 0:5 i znowu bańka mydlana pęka. Życie na ziemi widzę jako dramat – dla każdego, dla mnie też, błogi stan zakochania (o którym Wam już pisałem felietony) nie mógł trwać zbyt długo z taką mocą, pozostał codzienny wybór, a więc krzyż, bo ciągłe nawracanie się nie jest dla mięczaków.

Pamiętacie „Outro” ze wspomnianej płyty? Nie wydostaniecie się! Drzwi zamknięte… Niestety, aż do śmierci się nie wydostaniemy…

Wyrzucam bezdomnych alkoholików spod swojego miejsca pracy z dzieciakami. Domowe przedszkole – w kącie dwa jabole… Żal żalem, współczucie współczuciem, ale o 16:00 gościu leży na trawie przy moich drzwiach, oczy zamknięte jakby spał, albo nawet zdychał, a ręką wyciąga fiuta ze spodni i resztkami sił szcza obok siebie, wieczorem nie będzie już nawet na to miał siły i obszcza kolejne spodnie, które mu ktoś z dobrym serduszkiem podarował w ramach postanowień miłości i jałmużny, niczym piszący ten tekst. „Na piwko nie”, ale ciuszków nie odmawiamy, prawda? Młodzi patrzą i uczą się co to są te „drzwi zamknięte”, a więc błędne koła życiowe, w które każdy wpada, a ci panowie krążą po wyjątkowo paskudnym rondzie. A może właśnie nie, bo ich upadek jest przynajmniej jawny i widoczny, a nie przykryty pudrem, czy pierdoleniem jakiegoś felietonisty, lub kretyna w telewizji?

Byłem na tej pielgrzymce – krętymi drogami, właściwie to ślę teraz pozdrowienia prosto z Częstochowy. Młoda z WPW się wkręciła i będzie chodzić co roku, tak wszystkim mówiła. Zajęły się nią dobre dziewczyny i wkręciły ją w tą zbyt dla mnie cukierkową atmosferę (te wszystkie pieśni są dla mnie prawdziwą katorgą, nie będę ściemniał) – zajęły się nią na tyle, że o mnie… zapomniała. „Chwała pana trenera” znowu rzucona w kąt, Pan Bóg uczy pokory. Młoda doszła do Maryi, o powrocie do domu nawet nie chciała słyszeć, a ja miałem siedemset kryzysów! Bardzo mnie to cieszy, umocni w niej dobre postawy moralne, ale nadrzędnym uczuciem dla mnie jako smutnego egocentryka jest moje poczucie zażenowania tym, co tam obserwowałem. Żałosne rymy, kwiaty we włosach, sorry – dla mnie to była ostatnia taka akcja… Nie potrafię się zdystansować.

Moje spojrzenie nie będzie tak czyste jak ich, mimo że niektórzy też coś przecież przeżyli, a wiele rozmów zapamiętam – część historii anonimowo Wam przytoczę. Może chodzi o to, że ja piszę, może o stadion, a może o brak takiej siły jak Ci ludzie? Czuję, że chciałbym mieć takie problemy jak większość ludzi, których spotkałem w krętej drodze do Mamy, albo taką, hm, naiwną wiarę, pozytywną?

Chciałbym to czuć, ale nie czuję, jestem w pewnych strefach hejterem i utwierdzam się w tym, że moje świadectwo ma być tam gdzie bród, nie tam gdzie cukier.

Jestem kretynem, bo pisałem, że wykiwam złego ducha zabraniem małolatek na Jasną Górę, małolatka doszła – jedna, ale resztę poskładało (mimo, że też doszła…), bo to taka siła, z którą się nie zaczyna, albo robi się to z większą pokorą niż Łukasz Grower.

Nie napiszę dziennika z Jasnej Góry, który przejdzie do kanonu, bo ja tam nic wielkiego nie czułem poza paroma ciekawymi sytuacjami z gatunku przeżycie kilku burz z namiotem za stówkę z Decathlonu. Jezus do czasu uciszał burzę we mnie… Pielgrzymka to sport ekstremalny, a ja jestem bardzo wygodny.

Walka duchowa i tak będzie toczyć się swoim rytmem, bo jak już ustaliliśmy – drzwi pozostaną zamknięte… Powodzenia czytelnicy, mimo wszystko szukajcie ciągle dróg, sposobów, narzucajcie sobie dyskomforty. To finalnie wzmacnia.

ŁG