13.08.19 Diabeł tańczący na każdej dachówce…

Normalny, kobiety powiedziałyby przystojny, śmigający na motorze – mający swoje normalne zajawki. Facet jednak poczuł powołanie. Potrafił pościć przez cztery dni, a więc wierzył, że trudy życia zakonnego to będzie dla niego pikuś. „Ja nie dam rady”? Zakochał się w Bogu jak w osobie, „lewitowanie” i motyle w brzuchu – nie miał problemu z podjęciem decyzji. W wieku lekko ponad dwudziestu lat wstąpił do zakonu Franciszkanów, tych od św. Maksymiliana Kolbe. Trzy miesiące próby bez habitu. Wspominając mi ten czas, kiedy siedzieliśmy na karimacie gdzieś podczas postoju w drodze na Jasną Górę (obok autor tych słów z podopieczną, z którą działamy też w ramach WPW), użył takiego porównania, że o ile mówi się, że diabeł tańczy na każdym dachu, to w zakonie tańcuje na każdej dachówce. Najpierw niszczyło go zimno, bardzo oszczędne grzanie przy kilku stopniach na zewnątrz. Leżał z wysoką temperaturą i płakał. A do tego te wszystkie obowiązki płynące z reguły, wczesne wstawanie, praca fizyczna. No i współbracia, tak jak on nieidealni…

Był pewien, że jeden jest zazdrosnym homosiem, inny kandydat podczas codziennej pracy podejrzał przypadkiem alkoholową posiadówkę w pokoju u przełożonych. Słaby organizm i słaba wiara w ludzi, których tu spotkał. Czym była przy tym miłość do Boga w wygodnym mieszkaniu i szybkim życiu miasta? A grzeszna natura tylko czekała wraz ze swoim władcą…

Rodzina naszego kandydata była bardzo przeciwna ścieżce życia zakonnego jaką obrał… Mama płakała, płakali ojciec i siostra. Po niecałych trzech miesiącach dostał przepustkę na święta. Już wtedy wiedział, że powie Bogu „nie” jeśli chodzi o życie zakonne, ale tego się nie spodziewał – nie takiego odejścia z hukiem. Pierwszego dnia świąt poszedł z siostrą na imprezę.

Ona, jej szemrani kumple-koksiki no i on, który czuł już, że nie pasuje zbytnio do tego towarzystwa, ale siedział i pił – w tym drina, do którego coś mu widocznie dodali. Poczuł odlocik. Siostra załatwiła na tą imprezę znajomą żyletę ze sztucznymi cyckami, która wybije bratu z głowy życie zakonne. Jak w filmie! Podczas imprezy wydawało mu się, że kiwa do niego atrakcyjna czterdziestka. Nie pomylił się. Rano obudził się u niej, skorzystał jeszcze z uroków jej ciała i wrócił do domu.

Do tego zakonnego już nigdy…

No więc pytam, czy ma jeszcze siłę na jakąś Jasną Górę iść, czy wierzy, czy nie załamał się…? Jak najbardziej, ma siłę, a ile więcej pokory! Mówił, że próba bycia mnichem zamiotła jego wyniosłe ego, był na to zbyt pewny, zbyt pyszny. Dziś twierdzi, że to dobrze, bo w spokoju ducha chce znaleźć kobietę i założyć rodzinę, a gdyby nie spróbował zakonu to być może budziłby się obok żony w wieku pięćdziesięciu lat, zerkał jak śpi i pytał sam siebie w nieskończoność, czy nie powinien być teraz w zakonie…? Przynajmniej wie, że na pewno nie. Na krętych drogach zyskał spokój, a wierzy dalej.

I dygresja. Jak silni zatem są Ci, którzy mimo wszystko wytrwali…?

Ja też łamałem się na pielgrzymce. Marudziłem, ludzie mnie denerwowali. Rozmawiałem o tym z księdzem. Mówi do mnie: ale co? Chcesz tam dojść jak nienaruszony heros i żeby wszyscy ci potem poklaskali? Myślisz po ziemsku. Zobacz Chrystusa, poklaskali mu na ziemi? Chodzi mi o to, że jak nie klaskają i jest burza to dzieje się coś, co sprawia, że ten czas nie jest zmarnowany – dowiadujesz się wiele o sobie, często po ziemsku wygląda to na porażkę, ale w ogólnym życiu duchowym nie będzie porażką.

Podejmujmy walkę! Opłaca się…

ŁG