15.08.19 Trudy prawdziwej wiary. „Umieranie dla siebie”.

W święto Tej, która doskonale umarła dla siebie, mam kolejne refleksje dotyczące życia duchowego. Od grudnia 2016 prowadzę dziennik duchowy. Dla siebie. W miarę uczciwie obserwuję, co się dzieje w tej trudnej walce, a trzy lata dają już jakiś obraz. Najtrudniej jest „umrzeć dla siebie”. Powiem Wam dlaczego. Bo w tym co robisz swojego też można dawać ogromne świadectwo, ale żeby był w ogóle ktoś kto Cię wysłucha… nie możesz zupełnie „umrzeć dla siebie”, bo przecież musisz utrzymać się na powierzchni! Przykład: jeśli będę kiepskim opiekunem dzieciaków, a żeby nim być muszę się z egoistyczną pasją dokształcać, nie będzie dzieciaków. Nie będzie dzieciaków – nie będzie wychowywania, ewangelizowania. Powiesz, że w takim razie powinienem dokształcać się „dla sprawy”. Wiecie dobrze, że to tak nie działa, jeśli jesteś ze sobą w 100% uczciwy i nie oszukujesz się co do pobudek Twoich wymagających poświęceń czynów. Nie jesteśmy tak skonstruowani (nie licząc wyjątków), by codziennie zapierać się, wstawać i walczyć wyłącznie dla kogoś, szukamy też bodźców, które dadzą kopa naszym prywatnym ambicjom. Raz pracuję dla dzieciaków, dwa razy dla siebie, ale dzieciaki i tak mają z tego korzyść. Czy zatem „umarłem dla siebie” w 100%? Nie! Poprzez pracę dla siebie udaje się wzbogacić czyjeś życie, a dopiero przy okazji dać świadectwo wiary, lub bycia po prawej stronie barykady.

Tak więc będą powstawały napięcia pomiędzy ambicjami, a szlachetnymi pobudkami poświęcania się dla kogoś, które również występują, ale karmią szczerze tylko okresami…

W ocenie ambicji i działań „dla siebie” różnią się nie tylko księża, ale i święci, jedni zostawiliby wszystko, a inni zostali świętymi także poprzez to co robili (np. Maksymilian Kolbe pisał, drukował, a dodatkowo przecież projektował wynalazki! Oddanie życia „tylko” podkreśliło jego dorobek… Czy projektował maszyny jedynie z myślą o Bogu? Wątpię, spełnienie swoich ambicji też nakręca pracę…).

Pytanie zatem, skoro już ustaliliśmy, że umierać dla siebie się do końca nie da (?), co w ramach czynności wynikających z Twojego talentu, uwarunkowań itd. robisz i czy to nie przeczy życiu według dobrej nowiny Jezusa Chrystusa? Czy istnieje sytuacja, że nie ma odwrotu i zamiast postawić grubą kreskę można swoje nieciekawe położenie po prostu wykorzystać dla dobrej sprawy?    

Dzięki temu, że nie „umarłem dla siebie” spotkałem i spotykam super ludzi, często połączy nas także wiara, jeden drugiego może wesprzeć. Nie umarłem dla siebie, więc przyszli do mnie po coś konkretnego ludzie, z którymi później toczyłem ciekawe debaty, odbyłem ciekawe podróże (także w miejsca wiary, takich osób/rodzin poznałem poprzez sport co najmniej dwie). Przez to, że czasem nie „umieram dla siebie”, ufa mi kilku dzieciaków i mimo, że sam jestem totalnie niedoskonały można coś dobrego w nich zaszczepić (np. jedna moja podopieczna będzie chodziła na pielgrzymki – zajarała się, a ma dopiero 12 lat! Wkręciła się, a mnie olała, byłem na tej trasie takim debilem, że zdmuchnąłem niemal całą „chwałę” płynącą z zabrania jej tam…, a może Bóg tak lubi, żeby gwiazdora usunąć w cień…?).

Gdyby nie mój egoizm nie miałbym szansy na świadectwo! Jak to widzisz Panie? A może ja po prostu nie rozumiem tych fragmentów Ewangelii?

Chcąc żyć prawdziwą nauką Chrystusa spotkasz wiele trudności i sprzeczności. Kto jednak czyta – nie błądzi. Czytam wielu świętych, od mnichów po tych działających między ludźmi i praktycznie nikt nie obiecuje wiary bez napięć, niepokojów, a zatem bądźmy mimo wszystko spokojni, a konkretniej trwajmy w pokoju Chrystusa.

ŁG

PS: A propos trudów wiary. Tu trudy fizycznej pokuty. Opatrunki na moich syrach po kilku dniach pielgrzymowania. Sportowców ostrzegam: skakanie po miękkiej macie to nie to samo, co asfalt w upale i kilometry z buta (najlepiej reagują po prostu Ci, którzy regularnie biegają po takiej nawierzchni, lub ekstremalnie chodzą po górach). Śmiałem się sam z siebie na głos, że dostałem stygmaty i na trasie jest teraz „żywa relikwia”…