30.08.19 „Pewnego razu… w Hollywood” (film, Q. Tarantino, 2019).

Masz swoich sukinsynów? Takich, o których mówisz, obcując z nimi, „znowu to zrobił, sukinsyn!”. Podtrzymują bezsens Twojej egzystencji na tym globie. Mam to szczęście, że Legia Warszawa jest dla mnie takim inspirującym sukinsynem, czekam aż zagra tak, że serca drżą (nie tylko moje, wszystkie w Polsce mają drżeć), a chłopaki pokażą oprawę aż jakimś cieniasom połamią się z wrażenia ołówki. W każdej dziedzinie mam swoich sukinsynów. W dziedzinie filmu – prócz mistrza z Japonii (kto czytał „DL”24 ten wie) – będzie to z pewnością pan Quentin. Ej, jaki ma być gust kibola jeśli chodzi o filmy akcji jeśli nie produkcje twórcy „Pulp Fiction”…? Szczyt ironii przesyconej przemocą. „Pewnego razu… w Hollywood” (2019, 161 minut) to dziewiąty film Tarantino, który grają akurat w kinach (idź nawet dziś). Byliśmy w cztery osoby, niżej podpisany najbardziej zajarany i wkręcony. Tym razem znany i rozpalający fanatyków kina twórca umieścił akcję w roku 1969, przenosimy się do Hollywood w Los Angeles. Komediodramat Tarantino jest specyficzną satyrą klimatów tamtych czasów. Już od pierwszych minut musimy przenieść się do specyficznego świata, tempa akcji i sposobu opowiadania mistrza. Długość scen i dialogów nie przypadnie do gustu tylko tym, którzy się nimi nie potrafią rozkoszować, albo nie wyczuć, że to oddanie hołdu klasyce.

Główny bohater to aktor telewizyjny znany z roli w westernowym serialu, Rick Dalton (w tej roli świetny jak zwykle Leonardo DiCaprio), który chciałby rozpocząć karierę w filmie, nagrać coś bardziej znaczącego. Od lat współpracuje z kaskaderem i dublerem Cliffem Boothem (tu również świetny Brad Pitt – z tym cwaniackim wyrazem twarzy znanym z „Fight Clubu”, czy „Bękartów wojny”), który prócz tego jest chłopcem na posyłki, a nawet złotą rączką Ricka i… dobrze mu z tym, bo nie ma innej roboty. Chłopaki są ziomkami i to wokół nich kręci się fabuła.

Fabuła pełna… planów filmowych westernów, pełna hipisów, specyficznych hollywoodzkich willi i imprez. Przewodnim motywem jest western, który Quentin bardzo lubi, czemu dał wyraz m.in. w swoim „Django” (2012). Nic dziwnego, wszak to kowboj był bohaterem w starych Stanach… Lata 60te USA to – z dzisiejszej perspektywy – kicz, ale Tarantino odtworzył je mistrzowsko, cały film to retro, od muzyki, „Playboya” po… Bruce Lee! Nikt jeszcze nie strolował „Brusa”, ale kto ma to zrobić jeśli nie Tarantino…? Przekraczanie granic jest dla mistrzów…

Już zapowiadając ten film miesiące temu pisałem Wam, że będzie opowiadał o słynnej bandzie Mansona (swoją drogą – pozamałżeńskiego dziecka prostytutki), sekcie „Rodzina”. Manson wkręcił swoim wyznawcom, że będą musieli rozpocząć konieczną i nieuniknioną rzeź, a jednym z ich pierwszych celów stał się dom Romana Polańskiego. Tarantino inspirował się tą historią, ale nie stanowi ona osi fabuły, ani nawet nie jest wiernie odwzorowana. Roman Polański, grany przez polskiego aktora, pojawia się w filmie jako jedna z ikon Hollywood i sąsiad filmowego Ricka, jego ciężarna żona jest tu również, jest to jednak postać, która najmniej mnie tu jarała.

„Pewnego razu…” to świetny film, chociaż ponoć zdania są podzielone. Quentin ponownie zrobił coś starannego, z dobrymi dialogami i przede wszystkim z klimatem, coś świeżego, mimo że zachował swój specyficzny styl. Na to po prostu nie szkoda kasy w drogich dziś kinach, a tym bardziej nie szkoda na to czasu, jak w całej masie nic niewnoszących do naszych emocji produkcji. Te wszystkie nawiązania (policzcie tylko: https://www.wprost.pl/prime-time/10245794/wszystko-co-przegapiles-w-filmie-pewnego-razu-w-hollywood-quentina-tarantino-ukryte-znaczenia-interpretacja.html?pr=10245772&pri=12#Red-Apple!), których używa Tarantino – ponownie ukrył w swojej produkcji szereg miejsc, piosenek, plakatów, wydarzeń, sentymentów – to inny wymiar kina. Ten gość, który bynajmniej nie jest moim mentorem, czy kimś w tym rodzaju, bo światopoglądowo jest tak samo upadły jak i Hollywood, to prawdziwy pasjonat, a o prawdziwych pasjonatów, wiernych swojemu stylowi, dzisiaj trudno. Dzisiejsze kino kojarzy mi się z efekciarstwem i komputerami, aż tu nagle masz okazję iść na „Pewnego razu… w Hollywood”, nic dziwnego, że dzień ten staje się świętem, jak mecz Legii i premiera nowego krążka Tworzywa, Noon, czy Tau. O ile oczywiście czujesz to i weźmiesz na seans kumatych znajomych, a nie powierzchownie patrzących – przepraszam – idiotów, szybko nudzących się, gdy po ekranie nie fruwają Transformersy…

Idź i poczuj, że sztuka nie upadła, nie nudź się długimi scenami tylko się nimi rozkoszuj. Jak wyjdzie na DVD kupię na swoją półkę, którą cholera wie kto odziedziczy, kolejny oryginał Tarantino. Nie widzę już innego sposobu podziękowania mu…

ŁG