30.08.19 Spadanie z mustanga… i wskakiwanie na niego z bólem.

Jest w nowym filmie Tarantino taka scena, w której postać grana przez DiCaprio – Rick, aktor przeżywający kryzys wieku średniego, opowiada ośmioletniej aktoreczce fabułę książki czytanej na planie. Jest ona o starzejącym się kowboju, który kiedyś mógł wszystko, dosiadał każdego mustanga, a teraz z niego spada, ciało go boli, a taki był kiedyś z niego „kocur”. Najlepsze lata w swojej dziedzinie ma już za sobą. Każdego to czeka, ja czasem się tak czuję trenując młodych ludzi. Mogą latać, szybko się regenerują. Kiedyś pierwszy jajcarz i szyderca, dopiero co wywaliłem dwie nastolatki z obozu letniego, bo znalazłem chłopaka pod kocem w ich pokoju. Chłopaka, którego wcześniej wywaliłem za szmaty z ich domku i zakazałem do niego wchodzić, bo szydził w twarz z trenerów, a to z tego powodu, że jego trener (byliśmy w kilka klubów) to pipka i odpowiednio go nie wychował. U mnie nie przejdzie. Jeszcze Legię w to chciał wmieszać, skubany – wyleciał za szmaty, a młode zdrajczynie, heh, za nim, w emocjach, bo trzymały jego stronę. Dopiero, gdy emocje opadną czujesz z jednej strony rację, bo nawet Sun Tzu pisał, że generał ma być surowy, z drugiej jakiś taki żal nad swoim brakiem wyrozumiałości – wszak to dzieciory, a ty zatraciłeś gdzieś ten dystans. Starzy zapieprzali autostradą po córki dwa dni przed końcem, bo kowboj spadł z mustanga?

Moment, w którym mój zawodnik kopie kogoś w ryj i nokautuje jest jak wisienka na torcie. To ten krótki moment ekstazy poprzedzony latami pracy. Jak obejrzenie filmu Tarantino, jak nowa płyta Noona, jak awans Legii do fazy grupowej europejskich pucharów (niestety, nie w tym roku…). Kumulacja. Siedzę wtedy na krzesełku jak świadoma do bólu część tego wszystkiego i zaciskam zęby w szyderczym uśmiechu, unoszę pięść. Sekunda, dla której warto latami cierpieć.

Czy jest możliwe, aby przestać to odczuwać? Wszak Tarantino zrobił na starość mega film, a planuje zrobić jeszcze jedną wisienkę na torcie… Wiecznie jedzie na mustangu, ale czy cały czas bez wieczornego bólu? Wątpię…

Siedzenie na krzesełku to tylko część tej radości, którą odczuwasz, gdy samemu wychodzisz, gdy sam jesteś w formie… Ból zatem polega na tym, że „ja sam już taki nie będę”. Nie będę mistrzem, a chciałbym. Chciałbym uzyskać formę, którą mogę budować wyłącznie w często niewdzięcznych ludziach. Jestem widzem z ambicją bycia kimś więcej i świadomością posiadania tylko jednego życia. Moje nerwy są nadszarpane, ktoś mi ostatnio powiedział, że skończę z nerwicą, ale ona przecież została złożona na ołtarzu pasji.

Znasz to?

Co pozostało… Iść dalej. Pokora polega na tym, że z całą tą świadomością pójdę na salę i będę zasuwał, nawet kiedy nikt nie widzi, nawet kiedy nie skaczę już tak wysoko jak pięć lat temu. Pokora polega na tym, że będę dopingował Legię w meczu z Rakowem, nie obrażę się po golu protestantów w 90 minucie, mimo że cały mecz zawodnicy CWKS mimo, że chcieli to biegali jak takie dzieci we mgle i mieli sporo szczęścia… Pokora polega na tym, że mimo wszystko otwieram swój zeszyt i piszę – po swojemu, konsekwentnie.

Na tym, że mimo bólu i świadomości wskakujesz i jedziesz dalej…

ŁG