LIST CZYTELNIKA: Odnośnie cyklu o szkole i lemingów.

W swoim tekście chciałbym nawiązać do Twojego cyklu artykułów o szkole. Narzekasz na zatrzęsienie lemingów na polskich uczelniach i w tej kwestii zgadzam się z Tobą w 100 %. Sam kończę dziennikarstwo i z własnych obserwacji niestety muszę stwierdzić, że polskie uczelnie celowo wypuszczają ze swoich murów ludzi po praniu mózgów i z zawodowym tytułem leminga. O tym, że na uniwersytetach wśród wykładowców panuje lewacki klimat mówiło przede mną już wiele osób, więc nie zamierzam się powtarzać. Najbardziej przeraża mnie to, że w ten klimat idealnie wpisują się również studenci.

Nie ma w nich ani krzty niepokorności. W latach 70-tych, 80-tych ludzie kończący studia, organizowali się we wspólnej walce przeciw reżimowi, mieli przekonanie, że skoro w przyszłości mają być elitą tego kraju to mają wobec niego jakieś zobowiązania (inna sprawa jak wielu z tych „walczących studentów” skończyło). Dzisiaj dla wielu osób, z którymi spotykam się w szkole nie ma żadnych idei i autorytetów. Nie jestem zwolennikiem teorii spiskowych, ale odnoszę coraz większe wrażenie, że państwo stworzyło system produkcji osób, które w przyszłości nie będą stawiały niebezpiecznych pytań i nie będą sprawiały kłopotów władzy. Priorytetem systemu uczelni wyższych jest nauczenie studentów poprawności politycznej, według odgórnie przyjętych reguł czyli: tolerancja dla zboczeń, pseudo postępowość, brak szacunku dla tradycji i dla ludzi, dla których tradycja jest priorytetem. Oprócz całej merytorycznej wiedzy jaka przekazywana jest studentom przez 5 lat, niezauważalnie (dla nich) indoktrynuje się ich właśnie tymi regułami, które opisałem powyżej.

Świeżo upieczony magister ma być według III RP człowiekiem bezideowym, który będzie żył, jadł, srał, spał, zarabiał pieniądze w korporacji (lub pisząc kłamstwa w lewicowych szmatławcach – w przypadku magistrów dziennikarstwa) i płacił coraz większe podatki. Najważniejsze, żeby nie miał własnego zdania, jego zdanie kształtować będą reżimowe media. System ten się świetnie sprawdza. Na uczelni nie mam z kim porozmawiać o polityce, nikogo nie interesują najnowsze publikacje opiniotwórcze, nikt nie widzi tego jak powoli przestajemy być Polską, a zaczynamy być jakimś dziwnym wielokulturowym tworem bez własnej tożsamości narodowej. Szczytem ambicji dziewczyn z mojej uczelni jest założenie modowego bloga, na który będzie wchodzić 5000 osób dziennie. A dla facetów, (choć w zasadzie nie wiem czy można ich jeszcze nazwać facetami – dla mnie gościa, który zakłada rurki z dziurą na kolanach można śmiało nazwać kobietą) marzeniem jest prowadzenie fanpejdża na pejsbuku dla jakiejś korporacji.

Nikt nie widzi skurwienia obecnego systemu. Według studenta-leminga wszystko jest zajebiście, bo przecież jesteśmy już „prawie Europą” –  mamy Starbucksa, Iphony, znajomych na facebooku, a w parlamencie głos młodego pokolenia – Palikota. Ostatnio jeden z wykładowców, który udziela się na agorowym portalu i w lisowym „Na temat” przyprowadził do nas na zajęcia niejaką Ygę Kostrzewę. Swego czasu ta wojująca feministka popierdalała na paradzie równości w hełmie i z flagą polski, co zresztą pokazała nam na prowadzonej przez siebie prezentacji chwaląc się jak wielką jest patriotką i jak bardzo cierpi, że hasło to zostało zaadaptowane przez prawicę. Przez następne 2 godziny trwał festiwal homo-propagandy włącznie z gloryfikowaniem „GW” i „TVN” jako najbardziej obiektywnych mediów w Polsce czy pokazywaniu artykułów o coming-outach pedałów. W zasadzie z 70 osób, może ze trzy łącznie ze mną były wkurwione faktem, że państwowa szkoła uskutecznia homo-propagandę. Mało tego, oprócz mnie i mojej koleżanki nikt nie zaprotestował, kiedy Kostrzewa pokazała znak Polski Walczącej w barwach pedalskiej tęczy, mówiąc o tym, że Polsce potrzebny jest film o Powstańcach – gejach. Na koniec wykładu odbyła się dyskusja i narzekania jak ciężko w Polsce być gejem czy lesbijką, i lemingi wspólnie doszły do wniosku, że to skandal i, że jednak daleko nam jeszcze do Europy mimo, że mamy już Starbucksa i Iphony.

Najbardziej przykre jest to, że twory III RP wierzą ślepo w to, co serwują im poprawnościowo polityczne tuby propagandowe, mają zero własnych przemyśleń. Tacy jak my –   ludzie skupieni na stadionach, walczący w imię pewnych idei, nie myślący tylko o własnym dobrobycie i czubku własnego nosa są dla lemingów niebezpiecznymi fanatykami. I generalnie mam w dupie to co myślą o mnie lemingi – niech sobie żyją w swoim wyimaginowanym świecie. Obudzą się dopiero kiedy przekonają się, że spędzili całe życie w pogoni za hajsem na nowe iPhony, a jedyne co po nich zostanie to profil na facebooku ze zdjęciami z Egiptu. Ale ciężko się pogodzić z tym, że uczelnie okazują się kuźnią takich wynaturzeń, zamiast promować system wartości, który w przyszłości może się naszej ojczyźnie przydać. Bo z leminga, który w wyścigu do szklanych domów jest w stanie poświęcić wszystko, pożytku nie będzie żadnego.

Niestety, będąc konserwatystą trzeba zacisnąć zęby i koegzystować razem z tą hołotą przez długie 5 lat. Jakakolwiek dyskusja z tymi ludźmi nie ma najmniejszego sensu i szkoda naszych i tak już skołatanych nerwów. Najlepsze jest to, że wychodząc na osiedle do swoich ziomków, którzy podobno są „wykluczeni” spotkasz ludzi, którzy mają wyrobione swoje, indywidualne poglądy podparte bagażem doświadczeń życiowych, a nie wyrobione przez „Dzień dobry TVN”. To tu, wśród tzw. „wykluczonych”, kiboli i „faszystów” można odbyć bardziej rzeczową dyskusję i co warto zaznaczyć – nie zawsze zgodną, niż wśród pseudo-wykształconych lemingów, którzy podobno mają być za kilkanaście lat elitą naszego kraju.

Matys