WYWIAD: „Dżihad Legia”! Kelner – Legia Warszawa!

Tuż przed premierą „Drogi Legionisty” 9 zapraszam na długi wywiad ze znanym kibicem naszej Legii – Kalnerem! To ostatni materiał jaki zamieszczam na necie, z tych które ukazały się w 8 numerze zina papierowego. Jest on nadal do nabycia, można chwilę poczekać i nabyć razem z 9tką. Zapraszam do lektury, bo jest ona naprawdę ciekawa… Czasem smutna, czasem wesoła. Rozmawiamy o Systemie, o odsiadce, o kibicowaniu Legii kiedyś i dzisiaj. Zresztą sprawdźcie sami.

Ł: Witam Kelner. Przedstawiać się raczej nie musisz, a zatem przejdźmy do konkretów. Dopiero od kilku dni (w momencie przeprowadzania wywiadu) jesteś na wolności. Możesz opowiedzieć jak przebiegła odsiadka? Dlaczego miałeś izolację?

KELNER: Moja izolacja to efekt bałaganu i niedomówień na linii sąd- prokuratura- policja. Prokurator dał mi w zarzutach kierownictwo zamieszkami… A „kierownica” to w moim przypadku ścisła izolacja… Po drugie opinia prokuratora w sądzie: „jeden z głównych pseudokibiców Legii Warszawa. Kilkanaście prowadzonych spraw sądowych (nieważne, że wygrane…, ale prowadzone – III RP). Sąd dał wiarę prokuratorowi i policji”. No i matactwo… To standard przy wszystkich sprawach.

Izolowany byłem w areszcie tylko dwa dni… O dziwo są jeszcze jacyś ludzie myślący! W moim przypadku był to szef tzw. „atandy” (takie ZOMO w areszcie), potem zostałem przeniesiony do normalnej celi trzyosobowej, jednak z „łatką WWO” (więzień wzmożonej ochrony). Zresztą wszyscy kibice Legii będący w areszcie na Mokotowie mają taki status. Przez pierwsze dwa dni byłem w celi z H. (znany kibic Legii) i obliczyliśmy, że na MOKOTOWIE na dzień 18 czerwca było nas 67 – wszyscy z WWO.

Jeśli chodzi o to jak się siedziało to powiem, że dobrze! Nie było dnia żebym mimo WWO nie widział się z którymś z chłopaków… Okrzyk „Legia Warszawa” słyszany był prawie bez przerwy. Potem H. przenieśli na „Służewiec” i dwa miesiące byłem w celi nie z kibicami…

Po dwóch miechach radość znów zawitała do mnie: siedziałem już z innym znanym kibicem Legii… Ta wzmożona ochrona to tak naprawdę tylko „łatka” w celu powiedzmy… „żeby w papierach było ok.”.

Areszt śledczy to miejsce szczególne… Bardzo izolacyjne. Czy masz WWO, czy nie – to traktowany jesteś na równi z innymi więźniami. Spacer pod zasiekami, w obecności strażnika… Na widzenia, do lekarza prowadzony jesteś w asyście strażnika… Pod okiem kamer… Widzenie też pod bacznym okiem strażnika, itd.

Aha, muszę jeszcze dodać, że na moją „dobrą” odsiadkę złożyli się wszyscy kibice Legii. Na ogromną pomoc jaką dostałem od nich nie mam słów uznania. Powiem tylko, że dzięki wpłatom pieniędzy na tzw. wypiskę, finansowo pomogłem… dwóm innym kibicom Legii. Liczne listy i pocztówki…, a w nich ogromne słowa otuchy dodały mi sił. To oni dali mi siłę, aby tam wytrwać.

Ł: Masz już „Drogi Legionisty”? Słyszałem, że nie dochodziły podczas odsiadki, podobnie jak inne gazety…

K: Jeśli chodzi o areszt to wiele rzeczy nie dochodziło. W poprzednim pytaniu powiedziałem, że siedziało mi się dobrze… Ale to wynik mojego charakteru, życia na wolności w pewnym środowisku… Areszt i więzienie nie są niczym strasznym. Wystarczy po prostu być sobą… Natomiast to, co działo się w areszcie z moją osobą… tzn. jak byłem traktowany to już inna sprawa.

Np. widzenia… Przez pierwsze dwa miesiące nie dostałem żadnego… żadnego! Napisałem skargę na ten fakt – prokurator odpisał: „dla dobra śledztwa”. Listy, które otrzymałem… no niech czytelnik sam oceni: pierwszy list dostałem po 51 dniach… Dzwonią do mnie osoby, które informują mnie, że prokuratura odsyłała im listy, które napisali do mnie zaraz po aresztowaniu!

Po trzech miesiącach dostałem naraz 63 pocztówki.. Dzięki Monice, która mnie odwiedzała dowiedziałem się, że mnóstwo kibiców wysyła mi gazety, vlepki, listy, itp… Ja niczego takiego nie dostałem. W jednym z listów napisane jest: „w liście wysyłam książkę, vlepki”… List dostałem, książki i vlepek nie. Piszę skargę do prokuratury z informacją, że ktoś kradnie listy, vlepki, gazetki, biuletyny… Odpowiedź: „to areszt, nie prokuratura”… Piszę do dyrektora aresztu, odpowiedź: „to prokurator”. Bawią się świetnie moim kosztem. Koledzy z celi dostają listy po dziewięciu dniach od wysłania… Ja – od 31 dni…do 55…

Odwiedziny bliskich… Czekają po 4 godziny na widzenie. Gdy robią szum w więzieniu, że to skandal, odpowiedź jest jedna: „TO WIĘZIENIE, NIE HOTEL”. Z adwokatem też widzenia krótkie…. Mimo, że był już w południe, mnie przyprowadzają 30 minut przed końcem widzeń adwokackich, a takie są w godzinach 10:00-16:00… Dlaczego? Nikt nie poinformował mnie dlaczego.

Jak już wyszedłem to koledzy dzwonili do mnie z pytaniem dlaczego prokurator odsyłał im listy i wszystko, co mi wysyłali… Mimo skarg, mimo zwykłych pytań do prokuratury z jakiego powodu tak jest w moim przypadku, do dziś nie otrzymałem odpowiedzi. Dziś już wiem, że około 70 osób dostało zwrot korespondencji bez uzasadnienia dlaczego.

Ł: Co dalej z Twoją sprawą? Jest już zakończona po tej odsiadce?

K: Nie, nie jest zakończona. Ja wyszedłem tylko dlatego, że Mecenas Krzysztof Wąsowski jest naprawdę dobry. On pracował nad moim wyjściem dzień i noc.

Zastosowano zmianę środka… tzn. areszt zamieniono na kaucję i dozór policyjny. Musiałem także oddać paszport. Sprawa będzie gdzieś za rok… Po cichu myślę, że zostanę uniewinniony. Jednak do końca nie jestem tego pewien… Gdy byłem w areszcie to na „szybkiego” zrobiono mi sprawę. Dostałem zarzut: odłączył się wraz z grupą pseudokibiców Legii od legalnego marszu Solidarności celem obrzucenia pirotechniką policji. Była już jedna sprawa… Dziwne to.

Mam jeszcze inną. Wtargnięcie na imprezę masową bez biletu. Chodzi o mecz z Ruchem. I jeszcze jedną o nielegalne zgromadzenie na Agrykoli kiedy Donald grał piłkę. Ktoś mnie lubi tam na górze.

Odkąd pseudo prezes Miklas dostał tortem spraw tych miałem 11. Wszystkie wygrałem… Dwie były umorzone (Widelec i tort). Zostały te trzy… No chyba, że coś tam jeszcze wyciągnie z „kapelusza” wydział do walki z przestępczością pseudokibiców.

Ł: Wiem, że siedziałeś za czasów PRLu. Możesz opowiedzieć o słynnej akcji z wiewiórką i o różnicach między tamtym, a dzisiejszym aresztem?

K: Ta słynna „wiewiórka”… gdyby nie kolega, nikt by się tego nie dowiedział. Było to w 1982 roku. Miałem lat 19, był Stan Wojenny, a my kibice Legii zawsze walczyliśmy z ZOMO na ulicach Warszawy o wolność i demokrację. Przynajmniej tak myśleliśmy…

Zebraliśmy się jako Legia na Placu Zamkowym… Podczas zadymy zostałem pobity i straciłem przytomność. Oprzytomniałem w szpitalu na Banacha. Po badaniach (które nic nie wykazały) musiałem zostać tam jeszcze na obserwacji (zalecenie lekarza). Jednak młodość kieruje się innymi zasadami.

Zadzwoniłem do kumpla. On jeszcze tego samego dnia przywiózł mi ubranie i po prostu uciekłem ze szpitala.

Na drugi dzień, ale nie o 6 rano, zatrzymała mnie w Błoniu milicja i doprowadziła do prokuratury w Grodzisku Mazowieckim. Ta jednak zamiast od razu dać mi zarzuty, umieściła na tamtejszej komendzie na tzw. „dołku”. Musiałem coś wymyślić, bo zarzuty bardzo poważne: udział w nielegalnej demonstracji,  której celem było obalenie ustroju socjalistycznego = kara od 3 do 25 lat! Był Stan Wojenny, a wyroki zapadały z tzw. „bomby” – to oznaczało, że zaraz z „dołka” trafiałeś do prokuratora… Tam po przedstawieniu zarzutów od razu pod sąd. Wyrok zapadał, a delikwent do więzienia. Cała sprawa 24 godziny razem z zatrzymaniem. 

W celi siedziało nas siedmiu… Jeden ze starszych współtowarzyszy niedoli doradził mi żebym „palił głupa” i wyjaśnił mi jak to robić oraz udzielił fachowych rad na dalsze dni, w związku z moją dolegliwością.

Uczniem byłem pilnym więc po dwóch godzinach karetką na sygnale jechałem już do szpitala. Niestety tam musiałem zostać na obserwacji. Ale te 11 dni, które tam spędziłem dały mi wolność.

TRAFIŁEM TAM NA FACHOWYCH LEKARZY- PACJENTÓW, którzy podobnie jak kolega z celi uczyli mnie jak ta choroba przebiega. Po badaniach lekarze stwierdzili, że nie mogę odpowiadać karnie  gdyż „chwilowo” byłem niepoczytalny.

Po wyjściu ze szpitala mój stan oczywiście „diametralnie” się poprawił :-).

Ł: Masz jakieś ciekawe wspomnienia z czasów ulicznej walki z komuną przed 1989 rokiem? Jak widzisz różnice między reżimem PRL, a III RP? A może obu systemów nie da się porównać?

K: Wspomnienia są…, ale co tu opisywać. Każda uliczna awantura była podobna. Solidarność namawiała do manifestacji… Robotnicy przychodzili na nią w tysiącach osób…, a wśród nich my – kibice Legii. ZOMO blokowało przejście tej demonstracji i awantura gotowa. Kamienie, butelki, wszystko było w użyciu…, ale ogólnie zawsze wpierdol był. Jednak każda awantura uczyła nas „logistyki”, scalała jako kolegów „po szalu”. Wiedzieliśmy też, że zawsze możemy na siebie liczyć…, a to w późniejszych wyjazdach okazywało się bezcenne.

Jeśli chodzi zaś o reżim, to powiem ci tak – według mnie to nic się nie zmieniło. Psy tępe były wtedy i tępe są dziś. Bili tak samo wtedy jak i dziś. Zabijali wtedy, zabijają i dziś (przypadki można mnożyć… wystarczy artykuły w prasie przeczytać). Milicja w tamtych czasach opierała się na biciu w śledztwie i donosach (niekoniecznie prawdziwych), sfingowanych śledztwach… dziś jest niemal podobnie. Brak totalnego wyszkolenia, mimo że sprzęt i kasa są. Policja nie opiera się na wynikach śledztwa, bo takowego nie umie zrobić. Opiera się tylko na donosach, wymusza zeznania biciem i specjalnymi metodami śledztwa, m.in. zastraszaniem. Ale i nie tylko… Weźmy kilka przykładów. Sprawa Jaroszewiczów, sprawa Papały, Olewnika… to totalna porażka policji i prokuratury. Weźmy sprawę chłopczyka utopionego w stawie w okolicy Cieszyna. Gdyby nie donos sąsiadów sprawa nigdy by się nie zakończyła.

Nie chcę dalej się zagłębiać, bo mogę sypać jeszcze wieloma przykładami. Zresztą wystarczy oglądać program „Państwo w Państwie” by móc wyrobić sobie opinie o policji i prokuraturze oraz metodach ich działania. A my kibice znamy też te działania z autopsji.

Ł: Przejdźmy do tematów kibicowskich. Hasło „Dżihad Legia”. Skąd pomysł na nazwanie naszej walki akurat od islamskiej terminologii?

K: Jeśli chodzi o dżihad to skieruję Was na stronę konieciti.pl (od niedawna button jest po Waszej prawej stronie „DL”). Tam jest zakładka: DŻIHAD. Ale dodam tu coś od siebie… To nie do końca ja stworzyłem dżihad. Było nas dwóch. Jednak dla jego dobra nie powiem kim On jest.

Pomysł powstał jeszcze przed akcją z tortem… Był już konflikt na linii kibice-pseudozarząd ITI. Mieliśmy taki dar, że przewidywaliśmy ruchy swojego wroga. A wróg był silny. I finansowo, i medialnie. Trzeba było walczyć na wszystkich frontach…, ale musieliśmy być widoczni nie tylko na trybunach. Musieliśmy wymyślić „coś”, co przyciągnie uwagę mediów. Coś, co każdy zauważy… Coś bardzo kontrowersyjnego, co nie spodoba się mediom. Coś o czym będą mówić i to niekoniecznie dobrze.

Jak zwykle takie pomysły przychodzą niespodziewanie. Siedzieliśmy w pubie i akurat pokazywali wybuch bomby podłożonej przez islamistów, gdzieś tam na dalekim wschodzie… Na ulicach tłum ludzi palących flagę Stanów Zjednoczonych… I słowo –dżihad- samo się nasunęło.

Słowo to oznacza: walkę, zmagania (według słownika), niekoniecznie morderstwa, gwałty i ataki terrorystyczne. My wiedzieliśmy, że wróg nasz w dupie ma i zawsze będzie miał naszą Legię… Wiedzieliśmy, że zawsze będą nas okłamywać i nigdy nie dotrzymywać słowa (tak jest i dziś…, a walka wciąż trwa). Dlatego to słowo jest jak najbardziej adekwatne do naszej sytuacji. Walka do końca z okupantem…

Niejeden z nas życie by oddał za Legię… za herb, nie jeden siedzi w więzieniu za tą całą walkę. Dla nas Legia to nie rozrywka, zabawa… dla nas to sens życia. Legia to wartość… wartość jak rodzina, dom, itp.

Zresztą żeby nie dżihad, czyli walka – dziś herbem Legii byłaby czarna trumna…. Dżihad nie pozwoli złodziejsko- korupcyjnemu holdingowi ITI na szarganie historii Legii… Na szkalowanie jej kibiców, na stworzenie atmosfery z multikina.

Będziemy walczyć do końca o swoje prawa i normalność na trybunach. Dżihad zniknie, kiedy zniknie okupant.

Ł: Po Euro 2012 nie osłabły, a wręcz nasiliły się represje względem kibiców. Spodziewałeś się tego, czy raczej podzielałeś zdanie tych, którzy sądzili, że po Euro System nam odpuści?

K: Pewnie, że odpuści. Na razie psy mają jeszcze kasę do walki z kibicami przyznaną im na Euro. Kasa się skończy, zamiast pięćdziesięciu spottersów do walki z kibicami Legii, będzie ich dwóch.

Oni zrobili typową pokazówkę przed Euro w całej Polsce, zresztą nie można walczyć w nieskończoność z kimś kto do walki wkłada serce. Nie wygra się z fanatyzmem. Mogą nas zamykać do więzień, nakładać zakazy, kary, a my i tak będziemy.

Ja mam to szczęście, że na wyjazdy zacząłem jeździć w latach siedemdziesiątych, dokładnie w 1978. Od tamtej pory słyszę, że „w końcu policja i rząd wzięli się za nas”…. dużo krzyku i czas zawsze pracował na naszą korzyść. Po miesiącu, dwóch wszystko wracało do normy. Tak będzie i teraz… tylko przez Euro potrwa to dłużej.

To MY decydowaliśmy o trybunach… i decydować będziemy… Trwają protesty, kluby nie wytrzymają finansowej zapaści. To my napędzamy klubowi kasę… To dzięki nam klub zdobywa sponsorów. Bez nas, fanatycznych kibiców klub nigdy nie będzie działał i zarabiał.

Policja w końcu zacznie łapać prawdziwych przestępców… Będzie też ograniczała wydatki na swoją działalność.. Oni zawsze biedę klepali…. brakowało na wszystko… Mieli kasę… to mieli swoje pięć minut.

Uwierz mi… ja ogólnie nie mylę się. Race wrócą… Wróci normalność…. po naszemu.

Ł: Z takim optymizmem się chyba jeszcze nie spotkałem… Jak myślisz, kiedy System nam odpuści?

K: To nie tak, oczywiście to tylko moje zdanie. Represje są takie same po Euro jak i przed. Policja, polski rząd, PZPN – wydali wojnę kibicom. Oni mają inny punkt widzenia na trybuny niż my. Ale w tej wojnie zapomnieli o jednym: polska liga jest skazana na nas… Nikt inny nie przyjdzie na stadiony. Nie dlatego, że boją się awantur na stadionach… Nie przyjdą, bo polska liga jest, była i będzie zawsze słaba. Na stadionach nie ma widowiska, jest kopanina i żenada.

Te represje policji doprowadziły (będę pisał tylko o Legii) przy współpracy klubu do kolejnego protestu na naszym stadionie. Bzdurne zakazy, inwigilowanie grup, czy też pojedynczych osób doprowadziły do tego, że stadion świeci pustkami.

My kibice Legii już raz wygraliśmy wojnę… wojnę z ITI. Upokorzyliśmy wielki koncern medialny i zarazem właściciela Legii – Waltera. Nigdy też nie wierzyliśmy, że po podpisaniu porozumienia ITI dotrzyma słowa. Oni, wraz z psami, wykańczali nas po cichu… Zakazy (ITI zawsze powtarzało, że to psy, wojewoda, itd.), niewpuszczanie opraw… Zakaz wieszania flag… itp. Konflikt z nimi był cały czas… Po pseudoderbach z groclinem miarka się przebrała.

Ł: Jak wiadomo, od dłuższego już czasu Legia ma nowy stadion. Ty pamiętasz stare czasy… Czy jest dzisiaj coś, co jest wg Ciebie lepsze niż wtedy? Słychać tylko narzekania, że „kiedyś to było lepiej”… Czy ze wszystkim?

K: Trudne pytanie! Ja na stary stadion wszedłem po raz pierwszy zaraz po MŚ w Niemczech w 1974. Oczywiście z ojcem… Miałem wtedy 11 lat. Powiem szczerze, że… mecz mnie nie interesował. Od razu wpadł mi w oczy sektor „Żyleta” (wtedy tylko jeden sektor na trybunie otwartej). Mnóstwo flag, śpiew, serpentyny, świece dymne, szaliki i kolorowo ubrani ludzie. Poza tym sektorem wszędzie szaro i ponuro… Po tym pierwszym meczu na Legii przez następne cztery lata ojciec zabierał mnie na trybunę „Krytą”… Oczywiście po moich silnych prośbach. Ojciec nie wiedział, że ja tak naprawdę nie na mecz jechałem tylko popatrzeć na trybunę zwaną „Żyletą”.

To, co tam się działo (jak na owe czasy) to był szok! Gdy skończyłem 15 lat już sam jeździłem na Legię… No, z kolegami z Błonia. Jednak nie zasiadłem od razu na „Żylecie”… zbyt młody wiek nie pozwalał na to… Siedziałem obok niej i marzyłem aby tam usiąść. Oczywiście robiłem „podchody”. Jednak szybko zostawałem z niej „pogoniony”. Pomimo tego, że moim serdecznym kolegą był bardzo znany wtedy Wojtek Legia (ten dla którego był charytatywny mecz z DEN HAAG) to i tak nie pozwalano mi tam zasiąść.

Tak naprawdę na „Żylecie” usiadłem wiosną 1979 roku… po słynnym wyjeździe na Arkę Gdynia… był to mój trzeci wyjazd. Dostąpiłem wreszcie zaszczytu, o którym marzyłem od lat: JESTEM NA ŻYLECIE… Wśród prawie dwóch tysięcy fanatycznych ludzi. Powoli poznawałem życie na „Żylecie”, poznawałem ludzi… i całą otoczkę „wyjazdów”.

W tamtych czasach na trybunach panowała „patologia”. Zresztą nie tylko na stadionie. Kibice Legii jadący na mecz np. pociągiem, demolowali go całkowicie… czasami autobus, tramwaj. Alkohol pito jawnie na trybunach… Wiele osób spało na ławkach lub między nimi. Bójki z milicją to była norma. Nie było odgrodzonych sektorów dla przyjezdnych. Na Legię rzadko przyjeżdżali kibice gości, bali się nas strasznie,  jak już przyjechali to byli bici na stadionie…, później na dworcu „Centralnym”. Milicja w ogóle nie w temacie była.

Na wyjazdach było jeszcze „gorzej”. Jak Legia jechała na mecz np. do Krakowa to milicja na każdej stacji zatrzymywała kilku kibiców. Pociąg zdemolowany… to raz… Już na wyjściu w Krakowie część dworca ucierpiała… Gdy szliśmy Marjańską to szyby wystawowe powybijane itd., itp. Patologia i pijaństwo…

I o dziwo wszyscy na mecz wchodzili. Nie było problemów z biletami, nie było problemu z chodzeniem po całym stadionie, itp. Nie było kamer, ochrony. Na stadionie była milicja i to ona zaprowadzała porządek. Jak była awantura między kibicami to wpadali, pałowali, wycofywali się. Nawet jak kogoś zatrzymali to po tzw. „ścieżce zdrowia” wracał na sektor. Wszyscy „wyjazdowicze” znali się doskonale, jeden życie oddałby za drugiego… Solidarni… nie bojący się konsekwencji prawnej. I nie bojący się bójek z milicją.

Ale to pokolenie „patologów”, to pokolenie kibiców doprowadziło do tego, że słowo: „LEGIA” budziło strach wszędzie. Tam gdzie my jechaliśmy panował strach. Powiem tak… w Bydgoszczy na finale z Lechem było nas 7 tysięcy. I nic nie było… nic. W Częstochowie w 1980 na finale z tym samym Lechem – 3 tysiące ludzi! I do dziś mówi się o tym meczu. Byli inni ludzie, inne prawo, inne – lepsze czasy.

Ł: Dzisiaj „patologia” oznacza już coś innego, złego, zbędnego. Ja np. w pełni rozumiem zwalczanie pijaństwa na wyjazdach, bo to dzisiejsze pijaństwo nie przynosi już ciekawych awantur, a same kłopoty i obraz nędzy oraz rozpaczy. Ludzie są dziś inni?

K: Zgodzę się z tym. Dziś to już coś innego. Ale musicie zrozumieć tamte czasy. Komuna, w szkole ideologia jak dziś w Korei, „USA wróg, ZSRR brat”. W sklepach pustki, ulice szare i smutne. Tylko nieliczni posiadali telefony i auta. Rozrywki typowej brak… film w kinie leciał przez miesiąc ten sam. Zwykły robotnik klepał biedę… Brakowało wszystkiego, tylko nie gorzały.

No… z wyjątkiem Stanu Wojennego, wtedy wódka była na kartki. Pijaństwo było tolerowane wszędzie… I tu młody czytelnik może mi nie uwierzyć… Jeśli popełniłeś przestępstwo po pijanemu to taki człowiek był traktowany łagodniej ponieważ… działał nieświadomie. Pito w godzinach pracy, alkohol mile widziany był jako prezent, łapówka… ba!!!! Czasem i milicja na meczach pijana była… My jako młodzi ludzie praktycznie byliśmy bez perspektyw. Także przychodzenie na mecz w stanie spożycia nie było czymś nienormalnym.

Druga sprawa to odwaga… Dziś młody człowiek ma inne spojrzenie na świat i nie zna świata tamtego (raczej tamtych czasów). Dziś jadąc na wyjazd już kilka dni wcześniej wiesz ile osób pojedzie, wiesz że będzie „specjal”. Że na stacji będzie policja, podstawione autokary, odgrodzony sektor dla gości…, czyli niemal pełne bezpieczeństwo. Wtedy, czyli w latach siedemdziesiątych, osiemdziesiątych – skazani byliśmy tylko na siebie. Jechaliśmy na mecz tak naprawdę nieświadomi niczego. Ilu nas będzie i co będzie na miejscu. Były mecze, że jechaliśmy np. w 30 osób… I takie gdzie było nas ponad 1000.

Dam przykład… Początek lat osiemdziesiątych. Mecz w Łodzi na ŁKSie…

Pierwszy mecz w Łodzi po bestialskim zabiciu kibica ŁKSu przez kibiców Legii… Już wcześniej przed tym morderstwem strach było tam jechać. A co dopiero teraz. Jadąc tam nikt nie wiedział czy wróci. Zebraliśmy się w około 80 osób na „Centralnym”… ale tylko 60 osób pojechało. Po drodze około 10 osób zostaje zatrzymanych w Żyrardowie i około 5 w Skierniewicach. Mało nas… bardzo mało, ale udowodnienie Łodzi, że „Warszawa nie pęka” było silniejsze. Kupujemy w Skierniewicach alkohol: tanie wina zwane alpagami… Nie pijemy od razu… Najpierw dla kurażu… Opłacało się wypić… W Koluszkach przeganiamy ŁKS… Ich może z 30… W tych czasach brak telefonów komórkowych więc tamci nie poinformują tych z Łodzi, że „żółtkiem” jedziemy…

Od Koluszek już nikt nie kontroluje stanu trzeźwości… Pijemy i idziemy na „spontan”, co będzie to będzie.

„Łódź Fabryczna”… Trzeba wysiadać… Niektórym mimo, że alkohol szumi w głowie, nogi robią się miękkie. Pociąg zdemolowany mimo, że tylko 60 nas jechało. Na stacji brak psów i kibiców ŁKSu… Idziemy ze śpiewem „NIE NIE NIENAWIDZĘ ŁODZI”… Przeszliśmy od dworca około 200 metrów i wpierdol… Okropny wpierdol… Ale pokazaliśmy się… Przyjechaliśmy i pokazaliśmy charakter. Pijani i to bardzo… Inaczej nikt by tam nie pojechał. Taka to była różnica…

Czasami alkohol w dużych ilościach był naszym wspaniałym przyjacielem. Dziś pijaństwo jest inaczej odbierane. Pijaństwo przynosi nam wstyd i osłabia grupę. Wtedy dawało grupie siłę, odwagę.

Ł: Wypowiedziałeś się o starych wyjazdach, o nowym stadionie Legii. A piłkarze? Czy utożsamiasz się z dzisiejszą drużyną, która jest liderem po rundzie jesiennej?

K: Zawsze mówiłem to co myślę, powiem i teraz – LEGIA TO MY, Legia to herb, Legia to miejsce, Legia to historia. Nie utożsamiam się z drużyną i bandą pseudo działaczy… Gdybym ja był piłkarzem Legii i zależało by mi na klubie to walnął bym pięścią w stół i powiedział komunistycznemu zdrajcy Polski – Walterowi, że mam dość pustych trybun…, że źle zarządza klubem, robi długi… itp. Wytknął bym wszystko. 

To samo trener. Urban to dupoliz Waltera. Atakuje nas… kibiców (w czasie poprzedniego protestu miał do nas ogromne żale) zamiast wprost powiedzieć czerwonemu zdrajcy, że to on niszczy atmosferę, że to on niszczy klub… Że siłą Legii są jej kibice. Ale to marionetka.. i żaden trener… Czy on w swojej karierze coś osiągnął? Nic… I jemu też mam za złe, że w poprzedniej kadencji i teraz niszczy ten klub. To nie trener… to człowiek Waltera. Podobnie jak w PZPN tak i w ITI liczy się lojalność za kasę.

A mistrzostwo? Legia z ITI nigdy nie będzie mistrzem. Nie ma transferów. Nie ma atmosfery… Nie ma kasy… W takich warunkach nie da się być mistrzem…

Ł: Pamiętasz takie ziny jak „Forza Legia” oraz program „Legia Warszawa”, które wychodziły w latach 90tych? Potrafisz sobie przypomnieć jaką one rolę wtedy spełniały?

K: Pamiętam program „Legia Warszawa”. Typowe informacje o Legii, o rywalu. Składy, historia meczów i takie tam duperele, nic szczególnego (od red. – Kelner chyba go pomylił, bo był to bardzo dobry zine, nie dla wszystkich).

Natomiast doskonale pamiętam powstanie tygodnika „Nasza Legia”… I powiem, że takiej gazetki już nie będzie. To była typowo nasza gazeta. Pisząca prawdę o wszystkich wydarzeniach związanych z ruchem kibicowskim. A najlepsze w tej gazetce były wywiady ze starszymi kibicami, była stała rubryka „Skazani na Legię”.

Natomiast nie będę pisał o „Forza Legia”, coś pamiętam, ale nie chcę czytelnika wprowadzać w błąd.

Ł: Na koniec. Jesteś kibolem Legii ze starszyzny, a więc będę wdzięczny za ocenę projektu o nazwie „DL”. Pytanie też – jaką wg Ciebie rolę może spełnić ten zin i strona Internetowa w dzisiejszych czasach?

K: Tak naprawdę to są osoby na Legii, które robią i zrobiły znacznie więcej. Ja np. nie jestem godzien stać obok Bosmana, Alchima na jednym sektorze. To osoby które oddały część swojego życia Legii. Takich osób jest więcej. Ot, choćby Eryk, Wojtek Wiśniewski, Edek i wiele, wiele innych osób, których wymienienie zajęłoby mi cały dzień. Bez takich ludzi nie byłoby dziś kibicowskiej wielkiej Legii. 

Jeśli chodzi zaś o „DL” papierowy i portal internetowy to jest to wspaniała rzecz. Wszyscy idziemy z duchem czasu. Dziś świat bez internetu jest po prostu niemożliwy. My, kibice Legii, mamy kilka portali sławiących nasz ukochany klub. Jednym z nich jest „DL”.

Media zawsze szkalowały ruch kibicowski… i szkalować będą. To po prostu sprzedaje się dobrze. „DL” jest zinem informacyjnym, rzetelnym. W jakiś swój sposób sławiącym nasz klub. Czyta się go łatwo, dociera on do rzeszy młodszych kibiców. Robi dobre wrażenie i pozytywnie wpływa na nasz wizerunek. Robi też nam – kibicom Legii, świetną reklamę.

Ł: To by było na tyle. Może jeszcze kiedyś wrócimy do rozmowy, np. kiedy odejdzie okupant. Oby. Ostatnie słowo należy do Ciebie…

K: Odejście ITI, czyli okupanta, uraduje tysiące kibiców Legii. Ten komunistyczny „twór” nie ma pojęcia o profesjonalnym prowadzeniu klubu. To kliku towarzyszy, którzy swoje sukcesy zawdzięczają komunie. O tym tworze nie można powiedzieć nic dobrego.

A ostatnie słowo… słowem będzie chyba moje marzenie. A marzę o właścicielu – sponsorze, który obniży ceny biletów, który zlikwiduje miejsca siedzące na „Żylecie” i tym samym zwiększy pojemność tego sektora. Da wolność i swobodę w działaniu ultrasom, gdzie królować będzie pirotechnika. Do lamusa odejdą klubowe zakazy. Marzę o właścicielu, który zawsze będzie stał za kibicami, który raz danego słowa nie zmieni. O właścicielu, który nie pozwoli wojewodzie, policji na łamanie praw wynikających z konstytucji RP. I jeszcze jedno… może najważniejsze. Chciałbym pozdrowić serdecznie wszystkich moich kolegów, kibiców Legii, którzy przebywają w aresztach i zakładach karnych: trzymajcie się „ludzie”, pamiętamy o was i nigdy nie zapomnimy. Przyjdzie jeszcze taki dzień kiedy razem pojedziemy na wyjazd. Legia Warszawa Do Końca.

 rozmawiał: Ł. (grudzień 2012)

ZDJĘCIA: Znalezione w Internecie.