LIST CZYTELNIKA: A propos „Meksyku” i Ruchu Narodowego.

Do napisania tego tekstu skłonił mnie ostatni felieton z „DL” pt. „W ruchu narodowym jak zwykle Meksyk”. Już sam tytuł mocno mnie zadziwił. Przez cały okres III RP, zwanej przez Salon „wolną Polską” ruch narodowy rzeczywiście tkwił w chaosie, bezustannie dzieląc się i łącząc, co roku organizując takie same manifestacje, na których obecność kilku setek osób uznawana była przez organizatorów za ogromny sukces. Tak, pamiętam entuzjazm, gdy na ONRowskim marszu 11 listopada w 2009 po ulicach naszego miasta przeszło ok. 600 ludzi. Gdyby ktoś powiedział wtedy, że za 3 lata na marsz organizowany przez nasze środowiska przyjdzie blisko 100 tys. osób zaśmiałbym mu się w twarz. A jednak, stało się.

Mamy modę na patriotyzm, na trybunach celtyk stał się widokiem powszednim, nasi rodzimi raperzy coraz częściej nagrywają narodowe kawałki. Tych promyków nadziei pokazujących, że pranie mózgów przez ośrodki na Czerskiej i Wiertniczej nie do końca się udaje, jest coraz więcej. Powiedziałbym, że w ruchu narodowym wreszcie coś się dzieje, wydaje się, że wiatry dziejowe wreszcie zaczynają wiać w nasze żagle, a tu na moim ulubionym blogu czytam, że mamy Meksyk ;-). Niemniej, rozumiem te wątpliwości, bo rzeczywiście pytanie, czym się różni Ruch Narodowy od ruchu narodowego nie jest łatwe. O co chodzi z tym „powołaniem Ruchu Narodowego” 11 listopada?

Sądzę, że ma być to impuls, sygnał dla Narodu – działajcie, organizujcie się. Republika Okrągłego Stołu sama się nie obali. Niektórzy, po tym haśle, które zrobiło sporą karierę w mediach, oczekiwało szturmu na Kancelarię Premiera. Niestety, nie brzmi to już tak efektownie, ale czeka nas raczej „długi marsz przez instytucje”  – coś co z sukcesami od lat robi lewactwo.

Marsz Niepodległości jest dla wielu Polaków budzikiem, który krzyczy: czas do pracy! Musimy tworzyć lokalne stowarzyszenia, formalne i nieformalne grupy, wchodzić na uczelnie, działać przy parafiach, tworzyć i wspierać niezależne media, działać na ulicach. Ktoś spyta – my, czyli kto? My czyli kibice, studenci, i ci znużeni korporacyjną harówką i ci pracujący w fabrykach, i ci bezrobotni, płci obojga. Wszyscy, którzy nie chcą żyć w Tuskolandzie. Ci, którzy uważają, że marszałek Sejmu – babochłop to nie przejaw nowoczesności i tolerancji, a zwykły wstyd dla Polski. Ci, którym nie tylko to wszystko się nie podoba, ale też uważają, że w imię szacunku dla przodków i przyszłości dla potomków coś z tym trzeba zrobić (!). Każdy na swój sposób, w tym, w czym jest dobry. Jeden na ulicy, drugi na uczelni, inny w internecie czy telewizji. To my wszyscy jesteśmy Ruchem Narodowym.

Kościół z definicji to wszyscy katolicy, światowa wspólnota wiernych, i duchownych i świeckich. Jednak potocznie Kościołem nazywa się często tylko struktury, organizację, kler. Sądzę, że podobnie jest z Ruchem Narodowym. Też ma on dwa aspekty, które się nie wykluczają. Bo żeby ten oddolny entuzjazm i dobrą modę na polskość przekuć w coś konkretnego, potrzebni są konkretni ludzie, którzy zainicjują i zorganizują akcję, którzy pokażą się w telewizji, którzy w odpowiednim momencie zdecydują, że trzeba zrobić kolejny krok i wejść w politykę. Ale to nie oni są najważniejsi i nie muszą być uwielbiani przez wszystkich. Siła Ruchu Narodowego ma tkwić właśnie w tym, że gdy któryś z nich odejdzie, wszystko nie rozsypie się z dnia na dzień, jak to nieraz bywa. Chcemy, żeby nacjonalizm był stałym elementem życia społecznego i politycznego w Polsce, dlatego nie będziemy działać „na hura!”. Jak grzyby po deszczu, w ogromnej mierze oddolnie, wyrastają nowe oddziały organizacji narodowych, powstają lokalne grupy (typu Narodowy Radom, Narodowy Szczecin itd.), zawiązują się struktury, powstają stowarzyszenia. Lewactwo na ulicach też nie przeżywa lekkich dni.

Pojawiają się różne zastrzeżenia – i dobrze, bo nikt nie jest idealny, a trochę krytyki może tylko pomóc. Według mnie błędem była nawet drobna współpraca z „Nowym Ekranem”, postkomunistyczną agenturą. Takim ludziom nie powinno się podawać ręki. Ale to już przeszłość, trzeba wyciągnąć wnioski i iść dalej. I idziemy. Europa chwieje się wyraźnie, nasz Naród się budzi. Wiele wskazuje, że doczekamy momentu, w którym ten system się wywróci, my musimy mu w tym pomóc. I nie dać się temu wyczekiwanemu momentowi zaskoczyć. Dlatego mimo ujadania wrogów i krytyki sceptyków budzimy Polaków, wkładamy kij w szprychy systemowi, budujemy i czekamy na dogodny moment.

PG

Dzięki za list.

Po pierwsze nie jest to blog, tylko e-zine :-). A teraz do rzeczy…

Na pierwszą część tekstu sam sobie odpowiedziałeś, powstał tekst o „Meksyku” związany z małą różnicą pomiędzy Ruchem Narodowym, a ruchem narodowym. Także niby coś jest, a jednak tego nie ma…

To, że powiększyła się liczba manifestantów i zmieniły nastroje społeczne nie jest zasługą ani Winnickiego, ani ONRu… Oni mogą to jedynie wykorzystać, a wykorzystują delikatnie mówiąc średnio.

Świetnie, że my wszyscy jesteśmy Ruchem Narodowym… Tylko teraz jego twarzą został Winnicki, do którego są zarzuty o współpracę z różnymi nieciekawymi ludźmi z „Nowego Ekranu”. I media negują, poniekąd słusznie jego osobę, a skojarzenie idzie jednoznaczne – z całym ruchem narodowym.

Winnicki więc powołał coś co… jest. Skoro nie miał planu i zamiaru działać, mógł to ubrać w nieco inne słowa i nadal pisać ruch narodowy z małych liter…

I to w zasadzie tyle kolego. Było jak jest. Czyli nasz mały nacjonalistyczny „Meksyk”. Oczywiście, że idziemy do przodu, a coraz więcej osób jest z nami. Ale to nadal taki mały „Meksyk”… Niestety.

Pozdrawiam.

Ł.