2.12.11 RECENZJE: „Hooligans. Historia angielskiej armii chuliganów” (książka).

Pod koniec listopada mogłem oddać się przyjemności przeczytania kolejnej książki o chuliganach. Niestety znowu brytyjskich (poczytałoby się o Ruskich, Serbach czy innych…), ale co zrobić… „Hooligans. Historia angielskiej armii chuliganów” wyszła w 2006 roku, a na język polski została przetłumaczona niedawno – w roku 2011… Ma 295 stron + wkładkę zdjęciową, a kupisz ją za 49 zł na www.ultrastreet.pl. Patrzę kto pisał tą książkę… Andy Nicholls i…Cass, niestety. Cass to murzyn z West Hamu. No, ale niech stracę… Tym bardziej, że w książce wypowiadają się chuligani różnych klubów, a nie jeden z autorów, którego książkę tak na marginesie też miałem okazję czytać (czy też oglądać film biograficzny… pierdolony celebryta, zawsze wolałem polskie klimaty hool’s – w zdecydowanej większości przypadków pełne podziemie). Przyjrzyjmy się bliżej tej książce, która wg mnie spełnia oczekiwania.

Bo i czego wymagać od takich książek? Opisów przygód, wyjazdów, awantur… No i to wszystko jest w „Hooligans”… Lubię to. Prawdziwości wszystkich historii sprawdzić nie sposób, pozostaje zatem wierzyć, że opisy nie są zbytnio naciągane. Relacjonuje wielu różnych chuliganów bądź też zwykłych fanów, zazwyczaj mają oni typowo kibolskie i typowo brytyjskie poczucie humoru… Relacje są ciekawe, raz są to wojny na dworcach, w miastach i na trybunach, a raz… zonk w postaci odkrycia, że właśnie wynajęta dziwka (Mundial w Hiszpanii 1982) jest… transwestytą. Blee. Znajdziemy kilka ciekawych wątków więziennych (klimat dołków w różnych krajach, często hardcore).

W relacje wplecionych jest trochę refleksji na temat innych spraw (m.in. konflikt angielsko – irlandzki), co czyni je ciekawymi, bez kitu dobrze mi się to czytało – zresztą jak wszystkie książki o angielskich hool’s przetłumaczone na nasz język. Prócz hooligans i zwykłych fanów jeden z meczyków (słynny Luksemburg) relacjonuje… złodziej, który jeździł za kibolami i po prostu kradł :-). Czasami miałem wrażenie, że polecić to można jakimś jumaczom, bo wątki promocji bądź grubych rabunków towarzyszyły wycieczkom za reprezentacją Anglii równie często jak rozróby i są częstym motywem w książce… Kilkakrotnie też autorzy książki przywołują relacje prasowe – jak wszędzie zazwyczaj przesadzone.

Klimaty angielskie jarają mnie średnio, uważam ich za patologię, ale i tak jako lektura – opisy ich przygód są ciekawe. To co w nich cenię to szczerość – potrafią przyznawać się do porażki, potrafią mówić, że byli zesrani, potrafią przyznać, że gdyby nie psy to miejscowi by ich wgnietli w ziemię, potrafią przyznać, że siali napinkę, a tak naprawdę nie mieli szans (Grecja- Anglia). Ceni się… u nas w Polsce takie stwierdzenia nie przechodzą ludziom (dziś) przez gardło i palce, a ruch hooligans stał się zamiast spontanicznej walki i extremalnego hobby – walką o triumf za wszelką cenę (często nawet kłamstwa itp.). Fajne są też relacje bardzo młodych kolesi (po 16, 17 lat), bardzo odważnych, wspominających jak nie wydygali podczas dużego zagrożenia (chyba z 90% to bitwy ze sprzętem…).

Niektórzy wpletli w swe relacje jakiś antyrasistowski bełkot (wszyscy skini są głupi i puści, typowe pierdolenie… znałem i znam w życiu wielu skinheads i jakoś ta statystyka wygląda zupełnie inaczej), inni z kolei piszą o z chęcią toczonych bitwach z imigrantami (Mistrzostwa we Francji, dymy na sprzęty z Arabami w lewackiej Marsylii). Wybiórcza tolerancja? Nie wiem, w każdym razie podejście niektórych Angoli do życia i świata jest żenujące, przykładu brać nie ma co. Zresztą liczne opisy awantur z imigrantami, głównie Arabami/ Turkami pokazują dobitnie, że jak obcy zbiorą się w poważne bandy (czego w Polsce jeszcze nie ma na masową skalę) to robi się niebezpiecznie, a ostrza noży błyskają częściej niż zwykle… We wiadomościach nam oczywiście tych informacji z kolorowych dzielnic nie podają (polityczna poprawność) – wolą skupić się na kibolach… Wróćmy jednak do tematu.   

Książka podzielona jest na rozdziały dotyczące wizyt w poszczególnych krajach, czy też na poszczególnych imprezach. Jeden rozdział poświęcony jest naszej kochanej Polsce! Wizyty w kraju nad Wisłą wspominają chuligani Chelsea, Mansfield oraz Oldham. Opisywane są mecze Polska – Anglia w Poznaniu (1991), Chorzowie (słynny 1993 + 1997), a także „najczarniejszy dzień w historii angielskiej chuliganki”, jak nazywają Angole wizytę w Warszawie 1999. Wtedy to dostali masakryczny oklep w jednym ze stołecznych parków. Zdjęcie zakrwawionego typa, który wygląda jak jakiś gej-tenisista (a oni nam lubili zarzucać brak stylu… mają tupet :-) obiegło całą Europę… W ustawce walczyli m.in. legijni hool’s. Inny Angol, w innej części książki wspomina, że przez 30 lat tylko Polacy chcieli się z nimi bić na uczciwych zasadach (umówiony dym)! I jak tu nie być dumnym z bycia Polakiem?  

Jeszcze jedno. Jak pisze Lee, chuligan Oldham: „Od czasu, gdy trafiłem do szkockiego więzienia, zafascynowały mnie wyjazdy na kadrę. Byłem kibicem małego klubu, który nie miał szans na grę w europejskich pucharach. Tylko reprezentacja dawała takim ludziom jak ja możliwość wyjazdu na mecz za granicę. Wielu starszych chłopaków mówi nam, że spóźniliśmy się o dziesięć lat – a niby co mieliśmy zrobić? Jechać do Turynu w 1980 roku w pieluchach?(…)” … Spodobał mi się ten fragment, a dokładnie jego ostatnia część. To samo można przenosić na późniejsze czasy, także w Polsce. Co może młode pokolenie rządnych adrenaliny hooligans na to, że żyją w coraz chujowszych czasach? Wszak to nie młodzi gniewni postawili kamery, multipleksy i przegłosowali ustawy… A, że pewien typ faceta „tak po prostu ma” to nadal będą chętni na atrakcje, z tym że będą musieli coraz mocniej kombinować… Live is brutal, dosłownie i w przenośni :-).

Zapamiętałem też fragment jak Angole byli w Szwecji i jednemu baba policjant rozjebała jaja pałką! Angol nie mógł zrozumieć tamtejszej babskiej agresji. Taki to jest popierdolony rejon, z „równouprawnieniem” i babochłopami…Przypomniała mi się od razu niedaleka Dania, jak byliśmy tam w Kopenhadze za Legią. Awantura z psami, podnoszę głowę, a naprzeciwko mnie „laleczka” z pianą w pysku napierdala pałką! W pierwszym psiarskim rzędzie… Współczuję mężowi… A właściwie nie, jest idiotą to niech cierpi…

Tak więc „Hooligans. Historia angielskiej armii chuliganów” to zbiór opowiadań z wyjazdów za reprezentacją Anglii. Kto lubi czytać opisy zadym i wyjazdów z pewnością się nie zawiedzie. Dobry prezent na gwiazdkę dla każdego chuligana :-). Tylko cena za wysoka, no ale co zrobić… Książka kosztuje mniej od dwóch worków jonitów, a proporcje są takie – książka na sto tysięcy worków… parafrazując znanego rapera :-).

Ł.