1.04.11 RECENZJE: „Requiem dla snu”, „Że życie ma sens” (filmy fabularne).

Korzystając z tego, że ten e-zine jest różnotematyczny, chciałbym Wam zaprezentować trochę rozważań o dzisiejszym kinie i dwóch konkretnych produkcjach, pod których wrażeniem pozostaję do dzisiaj. Nie jest to związane ani ze sportem, ani stricte z ruchem narodowym – mimo wszystko mam nadzieję, że przeczytacie. Wszak problemy mojego rodaka, mojego narodu są moimi problemami, a poruszana w tych filmach tematyka niestety dotyka polskiej ulicy w znacznym stopniu. „Requiem for a Dream” oraz „Że życie ma sens” – to nie tylko filmy fabularne. To dzieła sztuki, które u myślącej osoby mogą spowodować zmianę w życiu. Oba filmy otrzymują ode mnie noty 10/10. Ostatnio chyba po raz siódmy obejrzałem „Requiem” i nadal mam przy nim ciarki…

Dzisiejsze kino nie daje wiele wrażeń wymagającemu odbiorcy. Raz na jakiś czas pojawi się coś głębszego, królują jednak filmy puste, wyidealizowane czy też po prostu bajki dla dorosłych jak horrory i fantastyka. Osobiście jestem fanem filmów, które zmuszają do myślenia bądź też wypływa z nich inny morał od typowego „zło zawsze przegrywa”. Zło wygrywa w życiu często i można to pokazać, czego przykładem może być dobry (choć z gatunku tych komercyjnych, wymyślonych, wszystko jest za dobrze zaplanowane) thriller „Piła” (jedynka). Nieoczekiwane zwroty akcji, ciekawy motyw zbrodni (brak szacunku ofiar do życia) składa się na całkiem niezły film. To tak jednak słowem wstępu i na marginesie.

Chciałbym dziś napisać o produkcjach przewyższających według mnie inne filmy o milion lat świetlnych. Są to filmy niby bez powiązań z tematyką zina, chociaż ja widzę w nich pewne powiązanie – z codziennym życiem naszych ulic, czyli chcąc nie chcąc z naszą rzeczywistością i realiami. Najpierw o produkcji zagranicznej (potem o polskiej), która premierę miała w 2000 roku. Jest to film z USA, a nazywa się „Requiem for a Dream” („Requiem dla snu”).  

„REQUIEM DLA SNU”

Jest to historia dwóch ćpunów z Brooklynu oraz jednego z nich dziewczyny i matki. Zaczyna się niewinnie – oni są drobnymi narkusami, matka ma pierdolca na punkcie oglądania telewizyjnego show, a dziewczyna to córka bogatych rodziców, którzy nie mają jednak czasu na miłość, w związku z tym włóczy się z naszym bohaterem.

Wszyscy oni marzą o lepszym świecie i za wszelką cenę chcą uciec od otaczającej ich rzeczywistości. Chłopaki chcą handlować na większą skalę narkotykami by się dorobić i nie musieć latać do czegoś na wzór „Lombardu”, kobieta jednego z nich marzy o wielkiej udanej miłości ze swoim facetem, a matka dostaje telefon w, którym ktoś dla jaj informuje ją, że weźmie udział w swoim ulubionym programie typu talk-show.

Ćpuny biorą dużą ilość dragów na sprzedaż, a matka zaczyna brać przypisane przez lekarza tabletki odchudzające i nasenne. I tu zaczyna się psychodeliczna jazda, film, który w doskonały wręcz sposób pokazuje wpływ chemii, uzależnienia, urojeń na psychikę ludzką. Dilerzy, jak to w znacznej części przypadków bywa – poprzez kontakt z dużą ilością towaru na raz, sami zaczynają jeszcze więcej ćpać. Wkręca się też dziewczyna, razem na haju marzy z facetem o wspaniałej przyszłości, kupie pieniędzy… Matka natomiast nie je kompletnie nic, żyje tylko na tabletkach i co chwile wyobraża sobie siebie na scenie programu w swojej sukience z młodości na, którą dziś jest za gruba.

W pewnym momencie widzimy sceny kiedy wszyscy są rozmarzeni, zadowoleni, są perspektywy na spełnienie marzeń. Leżą razem objęci – z głowami wysoko w chmurach. Stopniowo to od czego są uzależnieni zaczyna wprowadzać ich w obłęd. W filmie widzimy mistrzowskie sceny z mistrzowską muzyką, która przyprawia o ciarki na ciele. Odchudzająca się za pomocą psychotropów matka jednego z ćpunów jest pokazana według mnie szczególnie tragicznie, z sympatycznej starszej pani robi się trup do, którego przemawia lodówka, któremu latają zęby i, który robi się „warzywkiem”. Jej obłęd, psychozy (zresztą tak jak pozostałych) pokazane są jakby „jej oczami”, co dla pierwszego lepszego może być nawet zabawne, ale mając na uwadze, że takie coś naprawdę dzieje się z ludzką psychiką gdy przegina – byłem naprawdę szczęśliwy, że jestem czysty jak na to patrzyłem.

Zaczyna się niewinnie, film wydaje się prosty, a z czasem widzimy coraz głębsze wnikanie postaci w swoje fantazje, wizje, coraz większe zniszczenie, zanik jakichkolwiek wartości. Prostytucja, skakanie sobie do gardeł przez „zakochanych” ćpunów, brak rozróżnienia rzeczywistości od wizji. W końcu podkręcany wgniatającymi w ziemie scenami finał, z dramatyczną muzyką w tle.

Jest to obraz przedstawiający rozpad ludzkiego umysłu – jak ktoś trafnie to ujął. Na pewno w swoim otoczeniu też mieliście okazję taki defekt mózgu oglądać. Na pewno znaliście kogoś kto zaczynał niewinnie, a skończył jako zombie. Bo, po prostu scenariusz pokazany w „Requiem dla snu” napisało jakby samo życie. Film jest ponadczasowy i nie dotyczy konkretnego okresu, czy też miejsca. Pokazuje siłę uzależnienia i niemoc w walce z nim. Pokazuje budowaną na fazie „miłość”, która przy braku środków na uzyskanie owej fazy przeradza się w zdradę, kłótnię i przeistacza ludzi w sprzedajne kurwy gotowe na wszystko, byle zaspokoić braki.

Polecam przeczytać wybrane przeze mnie fragmenty recenzji specjalistów. Dowiecie się z nich dużo ciekawych refleksji na temat filmu i jego powiązania z rzeczywistością.

„Aronofsky stworzył zapierające dech w piersiach widowisko, wykorzystując różnorakie środki wyrazu: podzielony ekran, napisy, czarno-białe wstawki. Pojawiają się sceny w zwolnionym albo przyspieszonym tempie, senne krajobrazy Coney Island, a także ujęcia, w których przedmioty martwe zaczynają mówić. Być może brzmi to pretensjonalnie, ale dzięki niezwykłej pomysłowości artysty powstało dzieło jedyne w swoim rodzaju. Aronofsky nie boi się zapożyczeń od innych eksperymentatorów, jednocześnie nadając Requiem swój własny, niepowtarzalny styl (…). Twórca Requiem dla snu udowadnia, że historia o uzależnieniu może być jeszcze bardziej wstrząsająca, jeśli opowie się ją używając złożonych efektów specjalnych. Oglądając film ma się wrażenie, że jakiś nieubłagany rytm wyznacza kolejne stadia upadku bohaterów. Aronofsky opisuje rzeczywistość ludzi uzależnionych przy pomocy prostych scen i obrazów: ktoś napełnia strzykawkę, kto inny zwija banknot dolarowy… Naczynia krwionośne rozszerzają się, źrenice drgają. Śledzimy – ujęcie po ujęciu – jak czwórka bohaterów stacza się na dno. Ten film to nie tylko żonglowanie efektami. Reżyser przedstawił dogłębną analizę zjawiska uzależnienia. Requiem dla snu nie pełni roli efektownej pointy; nie służy tylko efekciarstwu. Film jest wartościowy właśnie dzięki brutalnej szczerości Aronofsky’ego. Będzie to wstrząs dla widzów przyzwyczajonych do płytkich, ironicznych filmów amerykańskich.

A teraz parę słów o heroinie. W Stanach Zjednoczonych Requiem dla snu wywołało skandal. W jednej z bardziej przychylnych recenzji napisano, że Aronofsky „zrobił film o narkotykach”. To prawda, że reżyser wejrzał w głąb świata ludzi uzależnionych. Jednak rzeczywistość, którą pokazał, różni się nieco od wyidealizowanego świata bohaterów Drugstore Cowboy Gusa Van Santa, czy obrazu narkomanów w Trainspotting. Aronofsky jest kolejnym reżyserem, który podejmuje temat uzależnienia. Na szczęście udało mu się uniknąć tragicznego tonu, i moralizowania. Angażując młodych, atrakcyjnych aktorów twórca Requiem dla snu ryzykował, że film podziała jak reklama narkotyków. Bohaterowie Aronofsky’ego są pozornie beztroscy. Connelly i Leto tworzą na początku wspaniałą parę, ale wkrótce ich szczęście zamienia się w koszmar. W opowieści Aronofsky’ego nie ma nadziei – piękno znika bezpowrotnie. Reżyser nie mówi nam, że styl życia ludzi uzależnionych jest atrakcyjny – wystarczy przywołać smutne zakończenie i scenę, w której Harry traci rękę z powodu zakażenia. Aronofsky nie zrobił filmu o narkotykach. Tematem Requiem jest wolność i cena, jaką się płaci za ucieczkę od rzeczywistości. Harry i Tyrone wierzą, że funt czystej heroiny pomoże im dostać się do lepszego świata. Marion pragnie niezależności. Sara potrzebuje miłości. Aronofsky’emu należą się brawa za to, że opisał w tak subtelny sposób świat starzejącej się, opuszczonej kobiety, która marzy o tym, żeby wygrać telewizyjny show. Reżyser Requiem dla snu nie rozczula się nad narkomanami, nieudacznikami i opuszczonymi matkami. Artysta chciał pokazać uniwersalne cierpienie, które bywa tak często spłycane w hollywoodzkich produkcjach. Po obejrzeniu tego filmu nie będziesz tą samą osobą. I za to powinniśmy być wdzięczni Aronofsky’emu.

Danny Leigh, „Sight and Sound” 12/2000        

I kolejne fragmenty:

„(…) Ostatnie sceny filmu są tak przygnębiające, że widzowie mogą poczuć się nie tyle wstrząśnięci, ile urażeni. Film dostarcza niezwykle silnych wrażeń i nadaje się dla odbiorców o mocnych nerwach. Reżyser pokazuje swoich bohaterów bez żadnego upiększania (…). Ich uzależnienie wynika z poszukiwania mocnych wrażeń. Do pewnego stopnia tak samo jest z reżyserem filmu. Zamiast pokazać powolne wegetowanie narkomanów, Aronofsky pokazuje sceny „brania” w przyśpieszonym tempie, aby podkreślić jak szybko mija czas, kiedy bohaterowie są „na haju”. Tłumaczy w ten sposób, dlaczego ich życie wydaje się tak puste pomiędzy kolejnymi dawkami. Zwykle w filmach o podobnej tematyce pomijano ten aspekt. Requiem dla snu pokazuje, że ludzie zażywający narkotyki są uzależnieni zarówno od rytuałów związanych z braniem, jak i stanu wywołanego wydzielaniem się endorfiny w mózgu. Wysmakowane zdjęcia utalentowanego operatora – Matthew Libatique’a sprawiają, że film mógłby zostać odebrany jako reklama stylu życia uzależnionych. Oczywiście nie taka była intencja reżysera. Pokazuje on straszne konsekwencje nałogu z taką samą realistyczną dokładnością, co wstrzykiwanie heroiny i wdychanie kokainy. Zdjęcia w filmie stają się coraz bardziej niepokojące w miarę jak bohaterowie staczają się na dno. Zielonkawe barwy symbolizują rozkład duchowy postaci (…). Styl Aronofsky’ego można określić mianem cybernetycznej mieszanki obrazów, które wydają się spływać na ekran z podświadomości artysty.”

Elvis Mitchell, „New York Times” 6.X.2000  

I ostatnia:

„(…)W miarę jak na ekranie zmieniają się pory roku, śledzimy kolejne stadia upadku bohaterów. Lato to okres szczęścia i marzeń o lepszej przyszłości. Złowieszcza jesień zastaje bohaterów zdesperowanych i uzależnionych. Kiedy nadchodzi ponura zima, cała czwórka stacza walkę z demonami i stacza się na dno. Dramatyczny efekt końcowych scen wzmagają mroczne zdjęcia Matthew Libatique’a (…). Interesujące jest rozwiązanie techniczne na początku filmu. Pierwsze sceny rozgrywają się jednocześnie po obu stronach podzielonego na pół ekranu. Nagłe cięcia podkreślają szybki upływ czasu na ekranie. Aronofsky i Jay Rabinowitz dokonali montażu w taki sposób, aby pokazać szybkie zmiany nastrojów bohaterów. Niektóre sceny powtarzają się. Celem reżysera jest pokazanie przygnębiającej cykliczności uzależnienia (…).”

Todd McCarthy, „Variety” 22-28.V. 2000

Oczywiście dla nas, młodzieży spędzającej sporą część dotychczasowego życia „na ulicach” będzie to mniejszy szok, niż dla nie wychodzącego z czterech ścian fizyka kwantowego, ale gwarantuje, że wieczór z tym filmem wywołała u Was jakieś emocje. Obojętność jest raczej niemożliwa.

„ŻE ŻYCIE MA SENS”…

Filmy z Zakościelnym, seriale typu „M jak Miłość” i inne tego rodzaju są najchętniej oglądanymi produkcjami w kraju. Z powodu, że lecą one codziennie i scenariusz próbuje upodobnić się do „niby codziennego” życia Polaków, część odbiorców na pewno zastanawia się dlaczego nie żyje tak jak aktorzy. Dlaczego u nich jest tak monotonnie, smutno, niewiele się dzieje, a mąż zmęczony po 10 godzinach tyrania idzie od razu spać. Kilkoro dzieci w domu, bezrobotna matka, nieobecny lub śpiący mąż i świat seriali może wywołać u odbiorcy zawód życia. „Magda M” ma przecież tak wspaniałe życie, to może być u odbiorcy nawet zjawisko dla niego niezauważalne, ale po czasie zaczyna odczuwać bezsens swojego życia, dolinę, poczucie straconego czasu. Odbiorca może się wypierać, ale to, co oglądasz/ czytasz codziennie przez długie miesiące wpływa na psychikę i ciągnie za sobą jakieś skutki! No, ale ja nie o tym…

I tutaj dochodzimy do zapowiadanej na początku produkcji polskiej. Jest to film „Że życie ma sens” – nisko budżetowy, czarno- biały materiał będący „filmem niszowym”. Akcja filmu rozgrywa się na jednym z osiedli w zachodniej Polsce. Grupa przyjaciół z podwórka znajduje sposób na prowincjonalną stagnację w amatorskiej twórczości filmowej. Niespodziewanie pojawia się chłopak z sąsiedztwa z nowymi pomysłami…Oprócz imprez techno i rozrywkowych wieczorów w osiedlowej knajpie oferuje również eksperymenty z narkotykami. I tu zaczyna się akcja podobna jak w „Requiem dla snu”, tyle, że już w typowej scenerii polskiego osiedla. Typowe polskie dialogi rodem z dyskotek i osiedlowych ławek mogą powodować wrażenie, że reżyser sam ćpa lub przeżył to wszystko na własnej skórze. Nie ma kiczu (co ważne!), nie ma pseudo kumatych rozmów (!), tylko jest prawdziwy, autentyczny podwórkowy slang. Jak czytamy w jednej z recenzji:

„(…) Kończy się rzeczywistość, zaczyna się świat narkotykowego transu… „Że życie ma sens”, pełne nowatorskich rozwiązań i twórczej inwencji to szokujący i prowokujący obraz degradacji człowieczeństwa wywołanej nałogiem. W tym filmie pełne humoru, błyskotliwe (niemal slangowe) dialogi tworzą idealną harmonię z momentami prawdziwie porażającymi. Amatorski charakter zdjęć i montażu wywołuje jeszcze większe wrażenie u widza, który odbiera film niemal jako historię prawdziwą. Chociaż twórcy zapewniają, że podczas zdjęć nie spożywali narkotyków, oglądając „Że życie ma sens” trudno w to uwierzyć (…). ”

Ogólnie film inny, ale i zarazem bardzo podobny do „Requiem”. Pokazuje to jak narkotyki niszczą, z tym, że nie w sposób pseudo naukowy, a realistyczny. Także widzimy schizy, psychozy, zmianę charakteru, zanik wartości i staczanie się na dno. Poprzedzone oczywiście fascynacją i stwierdzeniem „chce tak przez całe życie”. Wszystko to w amatorskiej scenerii, która w tym przypadku działa jak najbardziej na plus dla klimatu filmu. To polski autentyczny dramat. Mistrzostwo świata…i nie trzeba było trendy aktorów, gadania głupot oraz Kukulskiej śpiewającej, że „wierność jest nudna” (ty szmato..). Film broni się głębią i przekazem – nie kasą. 

Nie chciałem oczywiście pokazać tymi tekstami, że polska rzeczywistość to tylko używki. Ale, niestety – na polskich podwórkach, staczających się za pomocą alkoholu czy narkotyków ludzi nadal nie brakuje. Z tego powodu cieszy mnie kiedy chociaż próbuje się pokazać szkodliwość prochów za pomocą filmu, w czasach kiedy świat stara się je jakoś na siłę wyidealizować. Te filmy to przecież tylko półtora godzinny obraz na ekranie, u części małolatów fakt faktem może wywołają skutek odwrotny w postaci jeszcze większego nakręcenia się na proszek. Jeśli jednak ktoś wkręcony w amfetaminę obejrzy „Że życie ma sens” – gwarantuje mu, że jego ćpanie nie będzie wyglądało tak samo jak kiedyś… Te filmy to dobre kino, bardzo realistyczne, których akcja może rozgrywać się za naszymi drzwiami. I oglądający to czuje…Są to dobre „moralizatory” dla tych co zachowali resztki umysłu, które będą skuteczniejsze niż denny plakat wydany przez socjologów…Bez wyrzutów polecam!

PS: Polecam muzykę filmową z ”Requiem”. Uważam ją za najwspanialszą muzykę filmową jaka kiedykolwiek powstała i powstanie. To istne pokazanie w nutach dramatu, smutku, tragedii, braku nadziei, przygnębienia, dna, psychozy i wszystkiego najgorszego, co możecie sobie w swoim umyśle wyobrazić. Obowiązkowe podczas słuchania: samotność w pokoju, słuchawki, zgaszone światło i podkręcony maksymalnie głos. A gwarantuje, że w połączeniu z obrazem z filmu (np.: psychozy starej kobiety po psychotropach) daje podwójny efekt. To dzieło sztuki, jednak na pewno nie dla wszystkich.  

Ł.